Łukasz Brudnik
Dział Instrukcyjno-Metodyczny WBP w Opolu


„Mam taką zasadę, że piszę takie książki, jakie sama chciałabym przeczytać” - rozmowa z Magdaleną Majcher


Łukasz Brudnik: Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że jedną z cech współczesnej literatury obyczajowej w Polsce jest duża częstotliwość ukazywania się jej nowych tytułów. Wielu pisarzy uprawiających ten gatunek wydaje nawet po kilka książek w roku. Czy przyczyny takiego trendu należy według Pani upatrywać w wysokim poziomie konkurencji, która sprawia, że autor nie chcąc wypaść z łask czytelnika, zmuszony jest do ciągłego pisania i wydawania kolejnych publikacji?
Magdalena Majcher: Rynek wydawniczy w Polsce jest nasycony. Nowym autorom trudno jest się wybić, przez co ginie wiele dobrych książek, które nie mają szansy zostać zauważone. Oczywiście, są tacy autorzy, których powieści sprzedają się tak rewelacyjnie, że mogą pozwolić sobie na wydawanie jednej książki na rok, ale znam kilka takich nazwisk. Pisarstwo to też praca, z której żyjemy i która pozwala nam na opłacanie rachunków i utrzymanie się. Jeśli więc chcemy być pełnoetatowymi pisarzami, musimy wydawać kilka tytułów w roku. Jest też druga opcja – pisać hobbystycznie i pracować w innym zawodzie. To jest spore obciążanie, bo z jednej strony – pisarstwo to zawód jak każdy inny, a z drugiej – to praca twórcza, której powodzenie zależy od wielu czynników. Poza tym w środowisku panuje przekonanie, że jedna książka na półrocze to minimum, żeby czytelnicy nie zapomnieli. Ja nie czuję się zmuszona do pisania, lubię to, co robię i dzięki temu, że to moje jedyne źródło utrzymania, mogę poświęcić mu dużo czasu, ale jednak konsekwentnie zmierzam w kierunku takiej swobody tworzenia.

Jest Pani zarówno autorką wydającą po kilka książek w roku, jak i prywatnie żoną oraz matką. Jak udaje się Pani połączyć te wszystkie role? Skąd Pani bierze na to wszystko czas?
Piszę od poniedziałku do piątku, od dziewiątej do czternastej, kiedy moje dzieci są w przedszkolu i szkole. Oczywiście, pandemia nieco zweryfikowała ten tryb pracy, ale na szczęście starszy syn doskonale radzi sobie ze zdalną nauką. Jest w pełni samodzielny, dzięki czemu mogę pisać, kiedy on ma lekcje. Staram się nie pracować popołudniami i w weekendy, choć czasem goni mnie termin oddania tekstu i jednak muszę przysiąść nad książką w wolne dni. Na szczęście, ma to miejsce niezwykle rzadko i popołudnia oraz weekendy mogę poświęcić rodzinie.

Pisze Pani opowiadania, książki jednotomowe oraz cykle. W jakiej formie czuje się Pani najlepiej?
To trudne pytanie, ponieważ z reguły najbardziej lubię pracować nad książkami jednotomowymi, ale bardzo dobrze wspominam też pracę choćby nad trzyczęściową „Sagą nadmorską”. Tak naprawdę wiele zależy od mojego nastroju, tematu, który biorę na warsztat czy założenia, z jakim podchodzę do pracy. Jedno jest pewne – najsłabiej czuję się w krótkich formach, czyli w opowiadaniach publikowanych w antologiach. Mam wrażenie, że brakuje tam miejsca na dokładne zgłębienie tematu.

W powieści W cieniu tamtych dni padają słowa „Miłość – czy bywa niewłaściwa? Zdecydowanie więcej szkody może wyrządzić jej brak”. Tymczasem nieraz pokazuje Pani, że miłość może też ranić i że czasami jednak lepiej, aby jej nie było. Która teza zatem jest Pani osobiście bliższa?
Należy odróżnić moich bohaterów od mojej osoby. Wielu czytelników identyfikuje pisarza ze stworzonymi przez niego postaciami, sama się zresztą na tym łapię, czytając książki moich koleżanek czy kolegów po fachu. Oczywiście, nie da się uniknąć przenikania pewnych cech z rzeczywistości na karty powieści. Ostatnio złapałam się na tym, że niemal wszystkie moje bohaterki dobrze się czują za kierownicą i lubią prowadzić samochód, co zdecydowanie odziedziczyły po mnie. W większości są silnymi, przebojowymi kobietami, tak jak ja. Ale wracając do pytania – lepiej, żeby miłość była, niż jej nie było, to oczywiste. Rani nie sama miłość, ale porzucenie, utrata, brak zrozumienia, i tak dalej. Sama miłość jest pięknym uczuciem.

Akcja W cieniu tamtych dni w większość rozgrywa się w Warszawie w 1944 roku. Skąd pomysł, aby historię osadzić na tle Powstania Warszawskiego?
Niemal od zawsze interesowałam się historią, szczególnie tą najnowszą. Zdawałam rozszerzoną maturę z historii i dość poważnie zastanawiałam się nad tym kierunkiem studiów. Zrezygnowałam, bo musiałabym też szczegółowo zgłębiać historię starożytną, za którą nie przepadałam, ale pasja pozostała. Mam taką zasadę, że piszę takie książki, jakie sama chciałabym przeczytać i cieszy mnie to, że jest tylu czytelników, którzy chcą czytać to samo, co ja.

Życie oparte na kłamstwach to z kolei historia małżeństwa, w którym jedna ze stron okazuje się homoseksualna. Biorąc pod uwagę, jakie kontrowersje wywołuje w Polsce temat odmienności seksualnej, bardzo łatwo wskazać winnego wszystkich niepowodzeń w takim związku. Tymczasem nie dość, że nie ocenia Pani nikogo, to jeszcze pokazuje problemy, z jakimi muszą się zmagać obydwie strony. Jak długo przygotowywała się Pani do napisania tej książki i czy zetknęła się Pani – jeśli wolno zapytać – z podobną historią, a może to tylko fikcja literacka?
Wychodzę z założenia, że nie mam prawa oceniać drugiego człowieka, bo nie założyłam jego butów i nie przeszłam tą samą ścieżką, co on. Tę samą zasadę stosuje wobec moich bohaterów. Moim zadaniem jest zbudowanie portretów psychologicznych, zapoznanie się z tematyką, zrozumienie jej i zbudowanie ciekawej opowieści, ale nie ocenianie. Życie oparte na kłamstwach to historia homoseksualisty, który żyje w związku małżeńskim z kobietą. Kiedy wybrałam sobie temat, wydawało mi się, że zamierzam pisać o czymś egzotycznym, rzadko spotykanym. Niestety, według badań nawet co czwarty gej żeni się i zakłada rodzinę z kobietą, a przecież statystyki mogą być zakłamane. Ci mężczyźni ukrywają swoją prawdziwą naturę, dlaczego więc mieliby się do niej przyznać nawet w anonimowym badaniu? Żony są dla nich swego rodzaju parawanem. Cierpią obie strony, ale trudno jest tu wskazać jednoznacznie, kto jest winny. Przecież ci mężczyźni nie ożenili się z kaprysu, borykali się z nieakceptacją, może wyśmiewaniem, atakami, szyderstwami. Homoseksualiści na co dzień spotykają się z przejawami braku tolerancji. Chciałam namówić jakiegoś mężczyznę na rozmowę, ponieważ w sieci znalazłam sporo tego typu wyznań, ale autorzy tych wypowiedzi odmówili albo w ogóle nie odpisali.

Książka Mocna więź oparta została na prawdziwych wydarzeniach. Co szczególnego miała w sobie historia zabójstwa Anny Garskiej, że zainspirowała Panią aż do napisania powieści na jej podstawie?
Przede wszystkim – wydarzyła się na „moim podwórku”, w Czeladzi, gdzie się urodziłam i wychowałam. Kiedy Ania zginęła, mieszkałam kilkaset metrów od bloku, w którym mieszkała. Z punktu widzenia twórcy – ale nie tylko, bo wiem, że ta sprawa interesowała prawników i kryminologów – te wydarzenia są na tyle ciekawe, że warto o nich opowiedzieć. Doprowadzono do skazania winnego mimo braku ciała i narzędzia zbrodni. Takich procesów, z takim wyrokiem w Polsce było niewiele, dwa czy trzy. Tutaj zabił policjant, człowiek inteligentny, wykształcony, dobrze funkcjonujący w społeczeństwie.

Podczas pracy nad Mocną więzią kontaktowała się Pani z najbliższymi Anny Garskiej. Jak duży mieli oni wpływ na ostateczny kształt powieści?
Współpracowałam głównie z mamą Ani, Michaliną. W żaden sposób nie narzucała mi kierunku, w którym mam podążać. Oddała mi swoją opowieść, zaufała mi i czekała na końcowe rezultaty. Dla mnie to była współpraca idealna. Oczywiście, kiedy skończyłam książkę, od razu przesłałam maszynopis do Michaliny, aby go zaakceptowała lub zaproponowała poprawki. Nic jednak nie musiałam zmieniać, bo książka się spodobała.

Czy Mocna więź stanowi zapowiedź co do kierunku, w jakim Pani jako autorka zamierza podążać?
Tak, ale nie zamierzam całkowicie zrezygnować z fikcji literackiej.

W Pani książkach zauważyć można dużą dbałość o najdrobniejsze szczegóły. Ile pracy wkłada Pani w research? I czy zawsze pochłania on podobną część całego procesu tworzenia?
Ten etap, kiedy zbieram materiały i obmyślam fabułę, zawsze trwa o wiele dłużej niż samo spisanie historii. Oczywiście, wszystko zależy od tematu, bo przy takich książkach jak Najważniejszy czy Port nad zatoką, czyli klasycznych obyczajówkach, mam trochę inne zadanie niż przy powieściach historycznych lub utworach w stylu wspomnianej już Mocnej więzi, w której opisałam prawdziwe wydarzenia. W przypadku Mocnej więzi zbieranie materiałów zajęło mi dziewięć miesięcy, a przy niektórych książkach wystarczyło, że doczytałam coś w sieci czy przeczytałam jedną lub dwie publikacje omawiające dany temat.

Czy może Pani zdradzić, o czym będzie kolejna książka? Czy jakiś temat leży już na pisarskim warsztatcie?
Powieść, którą niedawno oddałam do wydawnictwa, to historia dwóch sióstr rozdzielnych przez złe decyzje i brak dialogu. W tej książce biorę na warsztat również przestępstwa skarbowe i siłę rażenia kłamstw. To pierwsza część dylogii kołobrzeskiej, jak na własne potrzeby nazywam ten utwór. Zaczynam też zbierać materiały do kolejnej, po Mocnej więzi, książki opartej na faktach. Opowiem w niej o kolejnej głośnej zbrodni.

Dziękuję za rozmowę.
Ja również dziękuję.

[25.03.2021 r.]

Magdalena Majcher autorka popularnych powieści obyczajowych z mocno zarysowanym tłem społecznym. Absolwentka filologii angielskiej tłumaczeniowej z językiem hiszpańskim. Napisała ponad dwadzieścia pięć książek m.in.:
Mocna więź (2021),
Życie oparte na kłamstwach (2020),
Prawda przychodzi nieproszona (2020),
Obcy powiew wiatru (2019),
Jeszcze jeden uśmiech (2019),
W cieniu tamtych dni (2018),
Stan nie! Błogosławiony (2017),
Matka mojej córki (2017).

                                                              

"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska