Łukasz Brudnik
Dział Instrukcyjno-Metodyczny WBP w Opolu


„Nie miałem zamiaru pisać powieści milicyjnej” - rozmowa z Ryszardem Ćwirlejem


Łukasz Brudnik: Skąd pomysł na serię książek o milicjantach?
Ryszard Ćwirlej: Seria o milicjantach wzięła się z przypadku. Nie miałem zamiaru pisać powieści milicyjnej. Gdy zaczynałem pierwszą książkę, jej akcja działa się współcześnie. W pierwszej scenie dwóch wędkarzy wyławia z Warty pozbawione głowy zwłoki kobiety, co jest dość makabryczne. Na miejsce odnalezienia zwłok przyjeżdżają policjanci w celu oględzin. W drugiej scenie chciałem ich wysłać w jakieś niezobowiązujące miejsce, by mogli pogadać luźno o tej zbrodni przy piwie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie znam knajp współczesnego Poznania i nie wiem, dokąd mógłbym ich posłać. Policjanci rozmawiający o morderstwie przy obgryzaniu nogi z kurczaka w McDonaldzie czy KFC – taka scena wydawała mi się groteskowa. Pamiętałem za to miejsca, które odwiedzałem jako student. Była taka fajna knajpa w Poznaniu „Miodosytnia U Rajców”, która oferowała bardzo popularny wśród studentów miód pitny. Można tam było zaprosić dziewczynę bez obciachu. Za to z chłopakami wystarczało kupić wino owocowe patykiem pisane za pięć złotych. Te rzeczy we mnie tkwiły, bo byłem młodym człowiekiem, studentem, wychowanym w czasach PRL-owskich. Nagle sobie uświadomiłem, że wprawdzie nie znam obecnego Poznania, ale doskonale pamiętam Poznań z lat 80. Wtedy wymyśliłem, żeby moi policjanci nie byli wcale policjantami, ale milicjantami, którzy żyją w świecie, o którym mogę opowiedzieć, bo byłem już na dokumentacji, czyli sprawdziłem tę rzeczywistość, dogłębnie oglądając knajpy, piwiarnie, kina, sale wystawowe, muzea w latach 80. Zdecydowałem się wejść w czas PRL-u i okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ nikt jeszcze nie pomyślał, że można wrócić do czasów PRL-owskich, by opowiadać historię z perspektywy milicjantów. Kryminał milicyjny nieodwołalnie skończył się w 1990 roku, kiedy został wydany ostatni tytuł tego gatunku. Wróciłem do kryminału PRL-owskiego niejako z przymusu, ponieważ nie wiedziałem, co zrobić ze współczesnością, a , jak się okazało, stworzyłem nowy gatunek.

Ł.B.: Czy nie miał Pan obaw, że czytelnicy nie zaakceptują bohaterów reprezentujących ten „znienawidzony PRL”?
R.Ć.: Bałem się, że pokazanie środowiska milicji obywatelskiej wzbudzi kontrowersję, ale okazało się, że wielu czytelników czekało, by po latach ktoś zauważył, że w zbrodniczym i okrutnym PRL-u żyli ludzie, którzy wykonywali rzetelnie swoją robotę i za to należy im się choć odrobina uznania. Obraz milicji w tym czasie tworzyły dwie struktury wewnętrzne. Oprócz ZOMO, bijącego ludzi na demonstracjach, i SB, wcześniej UB, broniącego za wszelką cenę ustroju socjalistycznego, była cała reszta milicjantów, którzy zajmowali się przestępstwami gospodarczymi, obyczajowymi, sprawami kryminalnymi. Nie piszę o ubowcach, esbekach, zomowcach, czyli bandytach w strojach milicyjnych, ale o milicjantach śledczych, którzy zajmowali się utrzymywaniem porządku, nie stali na straży ideologii. To byli fachowcy policyjni, tylko w mundurach milicyjnych. Takich bohaterów starałem się przedstawić. Nakreśliłem ich dosyć grubą kreską, dodając do milicyjnej rzeczywistości odrobinę sarkazmu i żartu sytuacyjnego, zaczerpniętego niemalże wprost z dowcipów o milicjantach. Wśród moich czytelników jest jednak wielu byłych milicjantów, którzy mimo tego nie odbierają stworzonej przeze mnie rzeczywistości jako negatywnej. Pokazuję milicję, którą z perspektywy czasu postrzegamy w czarno-białych barwach, w całym spektrum odcieni, tak, jak faktycznie było.

Ł.B.: Ale pańscy bohaterowie nadużywają alkoholu, współpracują z półświatkiem i nie zawsze przykładają się do wykonywanych zadań. Skąd czerpał Pan wzorce przy ich tworzeniu? Tylko z kawałów?
R.Ć.: Nie, nie tylko z dowcipów. W socjologii istnieje pojęcie obserwacji uczestniczącej, czyli badania, w którym obserwator, badacz znajduje się wewnątrz zdarzeń. Moja obserwacja uczestnicząca polegała na tym, że, czy mi się to podobało, czy nie, żyłem w PRL-u wśród ludzi, którzy pracowali też w milicji. Pochodzę z Piły, w której zawsze było wielu milicjantów, ponieważ znajdowała się tam szkoła milicji. W moim bloku mieszkali milicjanci, kolegowałem się z ich dziećmi. Siłą rzeczy funkcjonowałem wśród osób, które z milicją miały codzienny kontakt. Milicyjnej rzeczywistości człowiek mógł zasmakować również chodząc po ulicach i stykając się z siłami porządkowymi, czyli z milicją obywatelską. Trzeba było więc obserwować, wyciągać wnioski i zapamiętywać takie rzeczy. Na jednym ze spotkań autorskich miałem przyjemność porozmawiać z Bronisławem Cieślakiem o kryminale PRL-owskim. W którymś momencie zapytał mnie, jak to możliwe, że choć nie poznałem milicji od środka jako młody człowiek, to tak dokładnie potrafię opisać wszystkie procedury, język, wszystko, co tam się wewnątrz dzieje. A ja na to: panie Bronisławie, sprawa jest bardzo prosta, jestem uważnym odbiorcą serialu „07 zgłoś się”. Bardzo wiele informacji o tym, jak milicjanci działają i rozmawiają ze sobą, można się znaleźć nie tylko w „07 zgłoś się”, ale również PRL-owskich książkach, których bohaterami są milicjanci. Warto je dzisiaj spróbować odczytać na nowo. Nie tylko jako kryminał, ale też znak czasu, powieść o tym, jak wyglądały procedury, sposoby kombinowania, załatwiania pewnych rzeczy. Milicjanci piją, nawet za dużo. W milicji, tak, jak w każdej instytucji w czasach PRL-owskich, się piło. W milicji piło się nawet więcej, bo była to praca niezwykle stresująca, negatywnie odbierana w społeczeństwie.

Ł.B.: Czy hołduje Pan zasadzie, że na to, jacy jesteśmy, największy wpływ mają najbliżsi? Pytam dlatego, gdyż takie można odnieść wrażenie, czytając cykl przedwojenny, w którym śledzimy losy przodków, między innymi Teofila Olkiewicza czy Mirka Brodziaka – głównych bohaterów cyklu o milicjantach.
R.Ć.: Tak, nasi najbliżsi determinują sposób, w jaki patrzymy na rzeczywistość. Rodzice podają nam gotowe rozwiązania problemów, które przyjmujemy na zasadach dobrej wiary i nie sprzeczamy się z nimi. Gdy tata mówi „nie przechodź na czerwonym świetle”, zapamiętujemy to na całe życie. Również poglądy w kwestiach obyczajowych i politycznych oraz określone zamiłowania, na przykład do porządku, pracy, otrzymujemy niejako w posagu od swoich najbliższych. Nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie, których bliscy byli związani z policją przed wojną, w czasach PRL-owskich próbują się odnaleźć w podobnej pracy, czyli w milicji. To zupełnie naturalne. Moja mama jest polonistką, która przez wiele lat opiekowała się szkolną biblioteką, więc spędzałem tam bardzo dużo czasu, tam się bawiłem, jeszcze nie książkami, ale samochodzikami. Nasiąknąłem atmosferą biblioteki od najmłodszych lat. Mama przekazała mi zamiłowanie do literatury, może dlatego zajmuję się pisaniem książek. Wpływ osób najbliższych jest nie do przecenienia i kształtuje to, kim się człowiek staje w przyszłości.

Ł.B.: Akcja kolejnych tomów zarówno w cyklu o milicjantach, jak i przedwojennym nie układa się chronologicznie. Dlaczego zdecydował się Pan na taki zabieg?
R.Ć.: Wcale nie miałem zamiaru pisać cyklów. Nie pisałem swojej pierwszej książki kryminalnej Upiory spacerują nad Wartą z myślą o kontynuacji. Po prostu chciałem spróbować swoich sił w kryminale, niezależnie od efektu. Eksperymentowałem, bo zacząłem pisać książkę współczesną, a wyszła mi powieść milicyjna. Kiedy skończyłem pisać, poczułem, że czegoś mi brakuje. Opisałem losy bohaterów, ale zabrakło miejsca, by pokazać, skąd się wzięli. Gdy pierwsza książka zaczęła odnosić sukces na rynku, a wydawca zapytał mnie, czy nie myślę o następnej, pomyślałem, że warto się cofnąć do roku 1981 i pokazać, w jaki sposób poznali się wszyscy bohaterowie śledztwa milicyjnego z 1985 roku. Później zacząłem wypełniać lukę pomiędzy 1981 a 1985. W pewnym momencie przypomniałem sobie o Festiwalu w Jarocinie, na którym byłem, więc wymyśliłem, że warto się tam wybrać z moimi milicjantami. Stąd kolejny przeskok. Zostało jeszcze do wypełnienia parę luk w latach wcześniejszych. Z kolei pierwsza książka z serii przedwojennej to była rzeczywiście próba sił. Nie wiedziałem, na ile jestem w stanie poradzić sobie z rzeczywistością przedwojenną, choć interesuję się historią. Zajmuję się też historią mediów w swojej działalności naukowej na uniwersytecie i sprawnie poruszam się w latach 20., kiedy powstawało radio w Poznaniu i w ogóle w Polsce. Nie przypuszczałem, że tę wiedzę będę mógł wykorzystać w książce. Nie miałem pewności, czy czytelnik zechce przechadzać się ze mną po przedwojennym Poznaniu i przedwojennej Polsce. Okazało się, że ludzie chcą kontynuacji losów bohatera. Ponieważ pierwsza książka dzieje się w 1924 roku, dalej chciałem poprowadzić akcję w latach 1925-1926. Przypadek sprawił, że napisałem powieść, której akcja się toczy się w 1932 roku. Wydawnictwo Czwarta Strona zapytało, czy nie napisałbym opowiadania z moim komisarzem Fisherem rozgrywającego się przed wojną. Chciałem, by Fisher wybrał się do Schneidemühl, czyli do Piły, w 1932 roku, bo właśnie wtedy gościł tam Adolf Hitler. To była sławna kampania wyborcza, która doprowadziła do przejęcia władzy przez nazistów w Niemczech. Hitler miał w Pile nocować, ale z uwagi na złe warunki pogodowe musiał pilnie wrócić samolotem, więc tylko wygłosił przemówienie na stadionie. Mało kto wie, że była taka sytuacja. Znalazłem nawet zdjęcia z tej wizyty Hitlera w Pile. Pomyślałem, że to świetne tło akcji kryminalnej i okazja, by zderzyć bohatera z rzeczywistością ruchu nazistowskiego. Zacząłem pisać i mniej więcej na setnej stronie się zorientowałem, że to nie jest już opowiadanie, tylko powieść. Zatem musiałem wejść w 1932 rok z powieścią. Później trzeba było zacząć nadrabiać ten okres między jedną a drugą książką, podobnie jak przy pierwszym cyklu. Widać, że chronologia nie jest moją mocną stroną.

Ł.B.: Niewątpliwie łatwiej, bo z pozycji naocznego świadka, było Panu opisywać realia panujące w Polsce w latach 80. niż w okresie międzywojennym. W jaki sposób zbierał Pan informacje o Poznaniu sprzed II wojny światowej?
R.Ć.: To jest akurat banalnie proste. Na temat Poznania sprzed wojny wiele można się dowiedzieć z internetu. Nawet dokumentacja z czasów PRL-owskich nie jest tak łatwo dostępna. Jeśli chcę akcję książki osadzić w 1926 roku, to wchodzę do archiwom cyfrowego i czytam gazety z tego okresu, nie wychodząc z domu. Chcę wiedzieć, czym żyli ludzie. Wiem, co się działo w polityce europejskiej i polskiej. 1926 roku to przede wszystkim reperkusje przewrotu majowego dokonanego przez Piłsudzkiego. Pozostaje dowiedzieć się, jak poznaniacy reagowali na zmiany warszawskie. Czytelnicy muszą wiedzieć, że dostają pełnokrwistych bohaterów. Taki bohater nie rozmawia podczas picia piwa tylko o dupie Maryni, tylko, jak każdy Polak, uwielbia sprzeczać się na tematy polityczne. Bohaterowie muszą w jakimś stopniu być zaangażowani politycznie i wiedzieć, co się dzieje w mieście. A ja tego dowiaduję się właśnie z gazet. Jeszcze jest jedna rzecz, która mnie cieszy najbardziej. Jeśli mój Fisher idzie do restauracji Grand Cafe na Placu Wolności, która nie istnieje od 1945 roku, i zamawia sznycel cielęcy z podwójnym jajkiem, fasolką szparagową i frytkami, to znaczy, że tego dnia rzeczywiście serwowano tam sznycel cielęcy z podwójnym jajkiem i z tymi wszystkimi dodatkami. Skąd to wiem? Ponieważ w każdej szanującej się gazecie były ogłoszenia dań dnia najlepszych restauracji. Żadnego oszustwa, żadnego wymyślania. Wszystko to podane jest na tacy.

Ł.B.: Marcin Wroński o książce Jedyne wyjście powiedział, że jest to „pasjonujący kryminał feministyczny twórcy męskiej powieści neomilicyjnej”. Czy zgodzi się Pan z tymi dwoma opiniami?
R.Ć.: Marcin Wroński leciutko przesadził, bo fakt, że główną bohaterką jest kobieta, wcale nie oznacza, że kryminał jest feministyczny, a ja jestem propagatorem feminizmu. Nie mam niczego przeciwko feminizmowi. Pokazuję bohaterkę jako osobę o silnym i zdecydowanym charakterze, która radzi sobie jako policjantka nie gorzej niż koledzy, mimo że jest delikatną, piękną dziewczyną. Taki wybór postaci jest dość przewrotny. Najprościej jest stworzyć zagubionego w rzeczywistości bohatera z problemami rodzinnymi, które topi w alkoholu, to już utarty schemat postaci policjanta w kryminale współczesnym. Postanowiłem pójść pod prąd i stworzyłem bohaterkę, która jest młodą, przebojową dziewczyną. Nie mógłbym inaczej, bo policja staje się instytucją bardzo sfeminizowaną. Widać to na ulicach, w każdym patrolu jest przynajmniej jedna dziewczyna. Policja stała się też instytucją, w której kobiety zaczynają odgrywać bardzo poważną rolę. Przed wojną w policji praktycznie nie było kobiet. Nieliczne kobiece oddziały zajmowały się przestępczością obyczajową, czyli głównie prostytucją. Po wojnie w milicji obywatelskiej kobiety zaczęły pojawiać się częściej, ale nadal ich domeną były kwestie obyczajowe czy kierowanie ruchem, jak słynna milicjantka Lodzia w Warszawie. Mimo sporej liczby milicjantek instytucja nadal była zdominowana przez mężczyzn. Kobiety były takim kwiatkiem do kożucha. Ten stan się utrzymywał w latach 90. i na początku dwutysięcznych. Dopiero wtedy policja zaczęła kierować kobiety do wszystkich wydziałów, nie tylko do drobnej przestępczości. Aktualnie jest pełno kobiet w wydziałach kryminalnych w Polsce. Stąd pomysł, żeby główną bohaterką uczynić kobietę i stworzyć książkę, która wcale nie jest feministyczna, tylko odwzorowuje rzeczywistość.

Ł.B.: Jak w przypadku drugiej tezy, że jest Pan autorem męskiej powieści neomilicyjnej?
R.Ć.: Co do tego, muszę się zgodzić. W książkach osadzonych w latach 80. pojawiają się kobiety, ale one nie są milicjantkami. Pochodzą albo z drugiej strony barykady, czyli ze świata przestępczego, albo stanowią uzupełnienie męskiego świata. Taka była rzeczywistość PRL-u. Kobieta, jak chcieliby niektórzy dzisiaj, miała się zajmować kuchnią, dziećmi i ewentualnie pracować zawodowo, ale niekoniecznie na tak odpowiedzialnych stanowiskach, jak kierownik wydziału kryminalnego. Były to czasy zdominowane przez mężczyzn, dlatego kobiet było tam mniej.

Ł.B.: Łatwo było Panu stworzyć postać kobiecą?
R.Ć.: Żyjemy w świecie złożonym z mężczyzn i kobiet, więc mężczyźni przebywają na co dzień z żonami, córkami, koleżankami. Nie ma świata mężczyzn bez świata kobiet, także w męskim kryminale. Jeśli się jest uważnym obserwatorem, stworzenie pełnokrwistej postaci kobiecej, nie jest trudne, tak samo to wygląda z postacią męską.

Ł.B.: Wspomniany Marcin Wroński pojawia się też w książce. Główna bohaterka w wolnej chwili z wypiekami na twarzy czyta o przygodach komisarza Zygi Maciejewskiego. Czy Pan również jest miłośnikiem Zygi? A może był to ukłon w stronę kolegi po piórze i znak, że polscy autorzy kryminałów nie rywalizują ze sobą, tylko stanowią jedną wielką kryminalną rodzinę?
R.Ć.: Coś w tym jest. Przyjaźnię się z wieloma twórcami kryminałów. Spotykamy się, rozmawiamy, spędzamy ze sobą czas. Natomiast jeśli tworzę postać policjantki, która siłą rzeczy ma jakieś zainteresowania, to trudno nie dać jej do ręki książki kryminalnej, bo tym się powszechnie zaczytują ludzie w dzisiejszych czasach. Skoro już ma czytać kryminał, to niech będzie on godny polecenia. Nie chciałbym, żeby moja bohaterka czytała książki, które nie przypadają mi do gustu. Bardzo cenię Marcina Wrońskiego za cykl kryminałów lubelskich z komisarzem Maciejewskim, więc to też jak najbardziej ukłon w jego stronę.

Ł.B.: Najnowszym kryminałem Niebiańskie osiedle rozpoczyna Pan nowy cykl z dziennikarzem Marcinem Engelem w roli głównej. Dlaczego właśnie dziennikarza postanowił Pan uczynić głównym bohaterem?
R.Ć.: Mam pewien przesyt, jeżeli chodzi o policjantów. Poza tym chciałem pokazać, że są dziennikarze, którzy potrafią rozwiązywać skomplikowane zagadki świata przestępczego. Jako dziennikarz podczas pracy w telewizji i radiu spotykałem reporterów, którzy zajmują się sprawami kryminalnymi nie tylko z pasji, ale również zawodowo. Postanowiłem stworzyć rzeczywistość książkową całkowicie odmienną od dotychczasowych, z odmienną tematyką, bohaterami, w której akcja dzieje się współcześnie, a dokładnie w 2020 roku. Policjanci też się pojawiają, bo dziennikarz musi z nimi współpracować przy sprawie kryminalnej, nie może choćby aresztować przestępcy.

Ł.B.: Czy planuje Pan jeszcze wrócić do bohaterów z cyklu milicyjnego?
R.Ć.: Podczas podróży swoje biuro pisarskie zabieram ze sobą w laptopie. I gdybym go otworzył, zobaczyłby pan najnowszą moją książkę Mordercza rozgrywka, której akcja dzieje się w Poznaniu w lutym 1987 roku. Wszystko wskazuje, że może być to ostatnia z serii książek o Teofilu Olkiewiczu w latach 80. Być może Olkiewicz pojawi się na przykład w latach 90. To był ciekawy okres, który warto eksploatować, ponieważ działo się sporo interesujących rzeczy. Przejście z jednego ustroju do drugiego, porachunki przestępów i strzelaniny na ulicach, bezradna policja. W tym momencie piszę książkę osadzoną w 1987 roku, ostatnim, którego jeszcze nie zagospodarowałem w swoich opowieściach o milicjantach z Poznania. Potem zamierzam przejść do 1991 roku i pierwszy raz zachować chronologię wydarzeń, idąc rok po roku.

Ł.B.: Dziękuję za rozmowę.
R.Ć.: Dziękuję.

[20.05.2021 r.]



Ryszard Ćwirlej – pisarz, dziennikarz telewizyjny i radiowy, scenarzysta, wykładowca uniwersytecki. Autor bestsellerowych powieści ze stworzonego przez siebie nowego gatunku literackiego „kryminał neomilicyjny”, w którym wiernie oddaje realia schyłkowego PRL-u. Laureat Nagrody Wielkiego Kalibru 2018 od jury i czytelników za powieść Tylko umarli wiedzą. Autor wielotomowych cykli poczytnych powieści kryminalnych Milicjanci z Poznania i Antoni Fischer. W bogatym dorobku m.in.: Upiory spacerują nad Wartą, Trzynasty dzień tygodnia, Ręczna robota, Tam ci będzie lepiej, Tylko umarli wiedzą, Już nikogo nie słychać, Pójdę twoim śladem. W 2021 r. wydał Niebiańskie osiedle z serii Marcin Engel.

                                                              

"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska