Katarzyna Ostrowska-Pałyga, Łukasz Brudnik
Dział Instrukcyjno-Metodyczny WBP w Opolu


„Staram się, żeby wszystkie te techniki, które opisuję, odzwierciedlały rzeczywiste mechanizmy ich działania” - rozmowa z Jakubem Szamałkiem


Katarzyna Ostrowska-Pałyga, Łukasz Brudnik: Czy podobnie jak Julita Wójcicka – bohaterka trylogii Ukryta sieć – Pan również, będąc poza domem, stara się jak najbardziej zasłaniać swoją twarz i wyszukuje zamontowanych dookoła kamer?
Jakub Szamałek: Całe szczęście nie wpadłem aż w takie paranoje jak Julita, chociaż są podstawy do tego, żeby być lekko zaniepokojonym. Natomiast ja, w odróżnieniu od mojej bohaterki, na całe szczęście nie miałem takiej sytuacji, żeby ktoś się na mnie uwziął i mnie w tej sieci szukał czy śledził. Oczywiście jestem inwigilowany tak jak my wszyscy – przez przemysł, który się na tym opiera, ale w tym aspekcie pewien komfort psychiczny daje świadomość, że nasze dane są animizowane i jesteśmy obserwowani jako punkty statystyczne, a nie jako osoby z imienia i nazwiska. Trzeba też podkreślić, że wszystko zależy od kraju. W Chinach na przykład już są takie systemy, które automatycznie rozpoznają twarze i przypisują im konkretne tożsamości. Więc nie, ja aż tak jak Julita nerwowo się nie zasłaniam, aczkolwiek staram się zachowywać racjonalnie i jakoś o tę swoją prywatność dbać, aczkolwiek nie jest to ani łatwe, ani wygodne.

K. O.-P., Ł. B.: W Ukrytej sieci szokuje przede wszystkim to, jak łatwo uzyskać w Internecie dostęp do wszelkich informacji o nas samych i że coś, co wydaje się potencjalnie bezpieczne, w rzeczywistości wcale takie nie jest. Czy przystępując do pisania trylogii miał Pan już pełen obraz zagrożeń, jakie niosą ze sobą nowe technologie, czy dopiero w trakcie pisania kolejnych tomów odkrywał Pan coraz to nowsze niebezpieczeństwa?
J. Sz.: Jakiś obraz miałem, no bo to był też punkt wyjścia – wiedziałem, że w tej sieci jest coś niepokojącego, co warto by było poznać lepiej i opisać. I że to byłoby dobre tło do opowieści. Dużo się także dowiedziałem w trakcie prac nad kolejnymi tomami. Można powiedzieć, że przeszedłem podobną drogę co bohaterka tego cyklu, czyli na początku bardziej mnie zafrapował świat podziemnego Internetu sam w sobie, akty przestępczości w nim. Wydawało mi się, że to jest takie mroczne i niepokojące. Gdy pogłębiłem swoją wiedzę, trochę poczytałem i jeszcze pogadałem z różnymi ludźmi, zrozumiałem, że ten Internet nasz codzienny jest wcale nie mniej niepokojący, jeśli mu się dobrze przyjrzeć. W trzecim tomie natomiast tematem przewodnim jest sztuczna inteligencja – to co ona ze sobą niesie. A niesie dużo dobrego, z czego się można cieszyć, ale też rzeczy może do końca złe, ale z pewnością nieznane i pociągające za sobą zmianę. I tu właśnie widzę potencjał tematów, które można eksplorować.

K. O.-P., Ł. B.: Podaje Pan wiele przykładów na wykradanie danych w sieci. Ile jest w tym fikcji, a ile faktu? Czy którąś z metod testował Pan osobiście? O ile może Pan zdradzić takie tajniki warsztatu.
J. Sz.: Tak, staram się, żeby wszystkie te techniki, które opisuję, odzwierciedlały rzeczywiste mechanizmy ich działania. I nie zmyślałem. Jeżeli wie się, jak i gdzie szukać, to można w Internecie znaleźć naprawdę dużo. Jest takie powiedzenie, że w sieci jest wszystko, choć może jeszcze nie jest w stu procentach prawdziwe. I my wszyscy na ten wynik pracujemy, bo dużo informacji udostępniamy sami, często bezwiednie. Nie sprawdzamy dokładnie, co jakaś aplikacja będzie robiła, i że będzie gdzieś wrzucać na przykład trasę naszej przebieżki porannej. Poza tym okazuje się, że zarówno wielkie firmy, jak i rządy czy urzędy wszelkiej maści mają duży problem z kontrolowaniem danych, które to mają brzydki zwyczaj wyciekania. Dotyczy to zarówno gigantów z Doliny Krzemowej, jak i jakichś lokalnych biznesów. Może nie na pierwszej stronie wyszukiwarki Google, ale jeżeli się wie, gdzie szukać, ma się czas i determinację, to można rzeczywiście na każdy temat znaleźć morze informacji.

K. O.-P., Ł. B.: Po wyłudzeniu karty SIM pewnej osoby, widząc, jakie to łatwe, jedna z bohaterek Pana książki stwierdza, że musi zmienić sposób logowania na konto bankowe. Czy Pan również w podobny sposób zabezpieczył dostęp do swoich środków?
J. Sz.: Po różnych moich „przygodach” i po głębszym poznaniu tego tematu oczywiście ja także staram się poruszać po sieci z zachowaniem bezpieczeństwa. Niestety jest pewna przeszkoda – ten system nie został zbudowany tak, żeby nam to ułatwić czy uprzyjemnić, a zatem wymaga to od użytkownika pewnej dyscypliny i determinacji. I nigdy nie powinno się czuć wystarczająco ochronionym. Zawsze też pozostaje do wykonania kolejny krok, który jeszcze bardziej uprzykrzy nam życie, ale być może pokieruje nas w stronę większej kontroli nad swoimi danymi, nad prywatnością. Myślę, że ja się zatrzymałem gdzieś w połowie drogi, bo jestem trochę leniwy i nie wszystko chce mi się po prostu robić. Każdy z nas jednak powinien mieć świadomość, że te dane kogoś interesują. Nawet jeżeli jesteśmy przeciętnym Kowalskim czy Kowalską, to dla kogoś nasze dane mogą być pożądane, nawet jako tylko część szerszego zbioru. No i warto jakąś pieczę nad tym mieć.

K. O.-P., Ł. B.: Czy faktycznie w bibliotekach bywa upiornie cicho, jak uważa Julita?
J. Sz.: (śmiech) Zależy, w jakich. Mnie się zdarzało pracować w upiornie cichych bibliotekach, ale to były zazwyczaj biblioteki akademickie, gdzie siedziałem w takich czeluściach, gdzie nikt od lat nie zaglądał. Tam rzeczywiście potrafiło być bardzo cicho... Oczywiście takie biblioteki nastawione na, powiedzmy, czytelnictwo rekreacyjne są mniej cichym miejscem.

K. O.-P., Ł. B.: Przed Ukrytą siecią napisał Pan trylogię Leochares, której akcja rozgrywa się w starożytności. Skąd pomysł na osadzenie wydarzeń w tym okresie czasowym?
J. Sz.: To się wzięło oczywiście z mojej miłości do antyku. Bardzo lubię tę epokę, studiowałem archeologię i robiłem doktorat z archeologii starożytnej Grecji. To bardzo bliska mi część historii i miałem poczucie, że nie jest ona w literaturze oddana w sposób uczciwy i szczery, ale zawsze jako rekonstrukcja przepuszczana przez pryzmat dziewiętnastowiecznych idealizacji i wyobrażeń o tym, jaki to antyk był wspaniały. Sądzę, że na autorach ciąży świadomość, że to kolebka naszej cywilizacji, kultury i Bóg wie czego. I gdzieś ci Grecy z naszych wyobrażeń odkleili się jakby od rzeczywistości epoki, którą ja znałem ze swoich studiów i ze swoich jakichś tam badań. Chciałem więc napisać książkę, która pokazałaby tych Greków z krwi i kości, którzy interesowali się nie tylko sztuką i filozofią, ale też bardzo przyziemnymi sprawami, no i potrafili być ordynarni, dosadni i brutalni. Wydawało mi się, że tak powinien wyglądać szczery portret tego bardzo ciekawego okresu dziejów.

K. O.-P., Ł. B.: Leochares miał trudniej niż współcześni detektywi (nie miał sprzętu itp.). Czy jakieś specjalne cechy charakteru miały zrekompensować te braki?
J. Sz.: Świadomie, z założenia Leochares był takim jakby archetypem z powieści noir, bo chciałem czytelnikowi od razu narzucić wersję starożytności trochę przybrudzoną i mroczniejszą. I wiedziałem, że tego rodzaju bohater, którego czytelnik zna już z innych powieści, od razu wzbudzi skojarzenia, na których mi zależało. Zatem jest to na pewno bardzo zdeterminowany, bystry facet, który potrafi łączyć ze sobą fakty, ale posiadający też dużo bardzo cech negatywnych, mający dużo osobistych obciążeń i problemów. No, jak to w tego rodzaju powieściach bywa.

K. O.-P., Ł. B.: Intryguje mnie tytuł jednej z powieści o Leocharesie – Morze niegościnne. Czy ma on jakieś głębsze znaczenie?
J. Sz.: Poniekąd tak. Termin ten nawiązuje do oryginalnego greckiego określenia Morza Czarnego (znanego nam dziś pod taką właśnie nazwą). Początkowo Grecy nazywali Morze Czarne Morzem Niegościnnym z tego względu, że było ono zupełnie inne od tych, które dobrze znali – od Morza Śródziemnego czy Adriatyku, gdzie jest dużo półwyspów i wysp, gdzie jest bardzo nieregularna linia brzegowa, więc łatwo znaleźć jakąś zatokę, łatwo się gdzieś schronić, mając ląd na widoku, co w czasach, kiedy nie istniały kompasy czy precyzyjne mapy, było bardzo cenne. Po prostu bezpieczniej się w takich okolicznościach żeglowało. A tymczasem Morze Czarne jest otwartym, bardzo dużym akwenem, który nie ma tylu przyjaznych żeglarzowi wysp. Potrafi się tam bardzo rozpędzać wiatr i przechodzą bardzo gwałtowne burze. I dodatkowo wokół mieszkały ludy Grekom nieznane, które wydawały im się tajemnicze i groźne, i z którymi nie zawsze im się układało. Stąd termin Morze Niegościnne, później przez przesąd zmieniony na Morze Gościnne. Uważano bowiem, że już sama nazwa „niegościnne” będzie przynosić nieszczęście. I rzeczywiście dla Leocharesa to morze okazało się właśnie takim. On uciekł w jego rejony, szukając świętego spokoju, nowego życia, a tymczasem został tam wciągnięty w intrygi, z których ciężko było mu się wykaraskać. Tytuł mojej powieści odnosi się do oryginalnej nazwy tego akwenu i do losów bohatera.

K. O.-P., Ł. B.: Czy wprowadzenie do książki Czytając z kości wątku współczesnego było zapowiedzą powstania trylogii Ukryta sieć?
J. Sz.: Nie, w ogóle nie. Wtedy jeszcze nie miałem takich planów. Jeszcze tego nie było nawet na horyzoncie. W tej powieści chciałem raczej przedstawić czytelnikowi ideę, że zawody detektywa i archeologa mają wiele punktów stycznych, ponieważ i jeden i drugi próbują z niepełnego obrazu przeszłości zrekonstruować przebieg wydarzeń. W Czytając z kości połączyłem te działania w losach archeolożki, która – chociaż może nie jest tego świadoma od samego początku – bada tak naprawdę okoliczności śmierci jednego z bohaterów. Wydaje mi się to bardzo ciekawe, ile można z ludzkich szczątków wyczytać i jak wiele możemy się z nich dowiedzieć.

K. O.-P., Ł. B.: Czy wróci Pan jeszcze do starożytności? Lamia, żona Leocharesa, udowodniła w Morzu niegościnnym swoje zdolności detektywistyczne. To otwiera drzwi do nowych potencjalnych zagadek.
J. Sz.: To prawda, aczkolwiek nie planuję w najbliższej przyszłości wracać do starożytności, bo mam poczucie, że powiedziałem już to, co chciałem o niej opowiedzieć. Mam silne przekonanie, że poza tym, że książka opowiada jakąś historię, to powinna też być „o czymś”, ma jakiś temat i niesie ze sobą jakieś emocje. A już tę moją miłość do starożytności przelałem na karty powieści. Kolejne opowieści z tego cyklu byłyby już po prostu odgrzewaniem dania, które już czytelnik zna. Bardzo chciałbym, żeby moje książki były świeże i zaskakujące, a czytelnik nie przyzwyczaił się do tego, że Szamałek zawsze robi to i tamto. Żeby to zawsze było coś ciekawego.

K. O.-P., Ł. B.: Wielką zaletą Pana książek jest zawarty w nich humor. Objawia się on szczególnie w rozmowach między bohaterami. Czy od samego początku traktował Pan dialogi jako miejsce, gdzie chciałby Pan przemycić jak najwięcej elementów humorystycznych?
J. Sz.: Rzeczywiście lubię wsadzić nieco żartów do swoich powieści. Zwłaszcza że często jest w nich dużo ciężkich tematów, więc dobrze jest mieć jakąś odskocznię, miły przerywnik, który pozwoli przebrnąć przez te mroczniejsze części. Ja rzeczywiście bardzo lubię pisać dialogi i te żarty same mi się pchają na opuszki palców, spływając później przez klawiaturę na kartki. Wręcz muszę czasami przy kolejnej lekturze rękopisu trochę tych żartów wywalić, żeby nie było z kolei zbyt komediowo.

K. O.-P., Ł. B.: Pisze Pan również scenariusze do gier komputerowych. Co jest łatwiejsze – pisanie scenariuszy czy książek?
J. Sz.: Jedno i drugie jest wyzwaniem, ale są to wyzwania innego rodzaju. Powiedziałbym, że w pisaniu książki to co potrafi być przytłaczające, to świadomość, że cała odpowiedzialność i cała kontrola nad dziełem spoczywa na barkach autora. Oczywiście czasami pomagają zaufani czytelnicy, redaktor bądź redaktorka, jednak efekt finalny jest zależny wyłącznie od autora. Także sukces czy porażka książki. Dobrą stroną tworzenia literatury jest zatem pełna swoboda i to, że nie trzeba się liczyć na przykład z budżetem, bo papier zniesie wszystko. Jednak ta wspomniana odpowiedzialność potrafi być czasami przytłaczająca. Natomiast w grach komputerowych tak rozumiana odpowiedzialność jest dzielona pomiędzy dziesiątki, a czasami setki czy tysiące osób. Oczywiście chciałbym myśleć, że moja praca ma wpływ na efekt końcowy, ale jednak wiem, że nie sam ten ciężar dźwigam. A poza tym gry mają to w swojej naturze, że są interaktywne i te opowieści się szybko rozgałęziają, mają różne przebiegi. Wielkim wyzwaniem, zwłaszcza jak się robi grę długą i pełną takich wyborów, jest utrzymanie w głowie mentalnego obrazu tego drzewa decyzyjnego i zapamiętanie, co do czego prowadzi i co się wzajemnie wyklucza. Stworzenie historii, która w każdym ze swych przebiegów i odsłon ma sens.

K. O.-P., Ł. B.: Jest Pan odpowiedzialny m.in. za scenariusz do gry Wiedźmin 3, która okazała się wielkim sukcesem. Czy nie kusi Pana spróbowanie swoich sił jako autor książek fantastycznych?
J. Sz.: Myślę o tym i chciałbym kiedyś napisać książkę fantasy, ale to jest tak bardzo specyficzny gatunek, że wydaje mi się koniecznym mieć naprawdę świetny pomysł, bo musimy mieć wciąż na względzie sztywne ramy gatunkowe. I jak nie będzie w książce magii, krasnoludów, elfów i smoków, to czytelnik będzie zawiedziony, bo przecież liczył na krasnoludy, elfy i smoki. A z drugiej strony jeżeli będzie dokładnie to, czego się spodziewał, to będzie to książka wtórna, nieciekawa i jakby też niepotrzebna. Mam takie poczucie, że napisano już tyle książek fantasy, że choćby ktoś siedział w bibliotece całe życie i czytał, to wszystkich nie przeczyta. Jeśli zatem chce się coś nowego wydać, to trzeba zadać sobie samemu pytanie: po co? Czy jest powód, żeby to wydawać? Mam kilka pomysłów, które jeszcze muszę sobie w głowie poobracać, ale gdy będę przekonany, że któryś z nich zasługuje na to, żeby prosić Państwa o poświęcenie czasu, a równocześnie będę miał poczucie, że mogę zaoferować naprawdę dobrego i ciekawego, to wtedy taką książkę napiszę.

K. O.-P., Ł. B.: Czy może Pan zdradzić, kiedy i na jaki temat będzie kolejna książka?
J. Sz.: Tak, mogę. Kolejna książka ma się ukazać w przyszłym roku. Mam nadzieję, że uda mi się dotrzymać wszystkich terminów. Będzie to thriller naukowy, z miejscem akcji osadzonym na pokładzie międzynarodowej stacji kosmicznej. Eksploracja kosmosu to jest taki temat, który znowu do nas wraca. Mam wrażanie, że za nami jest kilka dekad przestoju i nawet trochę żeśmy pospołu zapomnieli o tym, że ktoś jeszcze lata w ten kosmos, nie do końca pamiętając po co. A tu nagle ostatnimi laty weszliśmy na wyższe obroty i ta tematyka znowu wraca, a różne rzeczy, które jeszcze parę lat temu brzmiały jak hasła z powieści science fiction, nagle stają się naszą nową rzeczywistością, co dla mnie jako autora jest bardzo ciekawe. Jestem zafascynowany tym stykiem człowieka i technologii, antropologią technologii można powiedzieć. Tym wszystkim, co i jak zmienia ona w naszym życiu – co nam daje, co zabiera, co wywraca do góry nogami? I o tym też chciałbym w następnej książce napisać.

K. O.-P., Ł. B.: Dziękujemy za rozmowę.
J. Sz.: Ja również.

[02.06.2021 r.]


Jakub Szamałek (fot. Monika Ostrowska)

Jakub Szamałek – pisarz, scenarzysta studia CD Projekt RED (m.in. Wiedźmin 3, Cyberpunk 2077). Absolwent University of Oxford, doktor archeologii śródziemnomorskiej University of Cambridge, stypendysta Fundacji Billa i Melindy Gatesów. Autor trylogii kryminalnej o ateńskim detektywie Leocharesie. Za książki z tej serii otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru Czytelników: w 2011 r. za Kiedy Atena Odwraca Wzrok oraz w 2016 r. za Czytanie z kości. Wraz z Marią Pawłowską wydał też książeczkę dla dzieci Kim Jest Ślimak Sam?, która została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. Zaliczony przez fundację Res Publica, Google i Financial Times do grona stu młodych liderów Europy Centralnej i Wschodniej. W 2013 r. wydał kryminał osadzony na skraju starożytnego świata Morze Niegościnne. W 2018 roku opublikował pierwszą część trylogii Ukryta sieć o śledztwie Julity Wójcickiej Cokolwiek wybierzesz, a następnie kolejne – Kimkolwiek jesteś, Gdziekolwiek spojrzysz. W 2020 r. prawa do ekranizacji tej serii kupiła Naima Film (Sala samobójców, Hejter). Za dystrybucję filmu odpowie gigant na polskim rynku filmowym – Monolith Films.

                                                              

"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska