Łukasz Brudnik
Dział Instrukcyjno-Metodyczny WBP w Opolu


„Sądzę, że w moich powieściach jest sporo bohaterek” - rozmowa z Robertem Małeckim


Łukasz Brudnik: Jak bardzo wydarzenia z przeszłości wpływają na to, kim jesteśmy dziś?
Robert Małecki: Trudno to ocenić. Kiedy jednak tworzę zarys fabuły, to rzeczywiście staram się, żeby przeszłość rezonowała w bohaterze. Stąd często obdarzam te postaci traumami sprzed lat, które wpływają na ich obecne życie. To często jest taki element, pojawiający się w powieści jak refren, właśnie po to, żeby wybrzmieć w finale.

Ł.B.: Pytam, ponieważ każdy z Pana bohaterów naznaczony jest traumą pewnych wydarzeń z przeszłości, które są w nim silnie zakorzenione i od których nie potrafi się uwolnić. Skąd pomysł na tego typu sposób budowania postaci?
R.M.: To chyba nie jest specjalnie odkrywcze, ale taka postać wydaje się psychologicznie pełniejsza. Bo zazwyczaj jest tak, że „bagaż” z przeszłości ciąży, a wówczas postać zyskuje dodatkowy wymiar, staje się pełnokrwista. I właśnie takich bohaterów poszukujemy w kryminale, bo jednocześnie, czytając opowieść o zbrodni, szukamy prawdy o człowieku, o jego świecie wartości.

Ł.B.: W najnowszej powieści zatytułowanej Zmora ponownie w roli głównego bohatera osadza Pan dziennikarza. Dlaczego właśnie jego?
R.M.: Kiedy zaczynałem swoją przygodę z pisaniem, to moim pierwszym bohaterem też był dziennikarz. Potem tworzyłem powieści policyjne, czyli serię z komisarzem Bernardem Grossem, natomiast po Żałobnicy, będącej thrillerem psychodelicznym, przyszedł czas na Zmorę. Zastanawiałem się wówczas nad konstrukcją głównej bohaterki i pomyślałem sobie, że będzie to niespełniona zawodowo dziennikarka. Sam uprawiałem ten zawód, więc w ten sposób ograniczyłem research do powieści. Przy okazji, przypomniałem sobie, że powołałem już do życia inną dziennikarkę. Chodzi o Aldoną Terlecką, która pojawiła się w mojej trylogii toruńskiej z Markiem Benerem. Uznałem więc, że obie dziewczyny musiały się wcześniej znać i lubić. I tak je przedstawiam w Zmorze.

Ł.B.: I nie miało to nic wspólnego z tym, że Pan tęskni za tym zawodem?
R.M.: Żałuję, ale nie tęsknię. Sporo w tym zawodzie się zmieniło i to niestety na gorsze. Sądzę, że wszyscy liczyliśmy na rozwój dziennikarstwa lokalnego, ale ono jest w odwrocie. W związku z tym mogę tylko się cieszyć, że odszedłem z tego zawodu w najlepszym dla siebie momencie, czyli wtedy, kiedy ten zawód jeszcze coś znaczył.

Ł.B.: W Zmorze porusza Pan kwestie związane z przemocą – zarówno fizyczną jak i psychiczną. Czy według Pana to ten problem w naszych czasach faktycznie zajmuje niechlubne miejsce na podium w całym spektrum innych nas dręczących?
R.M.: Nie wiem czy jest na podium czy nie, ale niewątpliwie w żaden sposób nie umiemy temu problemowi przeciwdziałać. Przemoc w szkole, między rówieśnikami, jest tak samo stara, jak sama szkoła. Ale, co ciekawe, zdałem sobie sprawę, że kiedy wspominam swoje dzieciństwo, to nie widzę w tych wspomnieniach aktów przemocy. Zapamiętałem mnóstwo wspaniałych, pięknych zdarzeń, gdy biegaliśmy beztrosko po podwórkach, gdy z kluczem na szyi wychodziło się z domu, gdy rodzice zrzucali kanapkę z okna. Ale z drugiej strony stale robiliśmy sobie przykrości, dochodziło do bójek, zastraszania, odtrącania. Byliśmy wobec siebie bezwzględni. I dziś niewiele się w tej sprawie zmieniło. Przemoc fizyczna oraz psychiczna nadal funkcjonuje w szkołach i na podwórkach.

Ł.B.: W książkach stosuje Pan narrację w pierwszej lub trzeciej osobie, czasem też miksuje je ze sobą jak w przypadku Zmory. W którym typie narracji czuje się Pan najlepiej?
R.M.: Chyba w klasycznej narracji trzecioosobowej, bo ta pierwszoosobowa, chociaż interesująca, ma swoje konkretne pułapki. Z perspektywy czytelniczej jesteśmy bardzo blisko bohatera, tak blisko, że bliżej się nie da. Natomiast narracja klasyczna daje chyba więcej możliwości. Jest bardziej flexi. Ale nie oznacza to, że zawsze będę jej wierny. Lubię eksperymentować i podejmować wyzwania, bo tylko w ten sposób mogę zweryfikować to, czy robię postępy iczy lepiej piszę.

Ł.B.: Zdaniem niektórych pisarzy fakt, iż są mężczyznami, uniemożliwia im „wejście w skórę” kobiety. Tymczasem Pana twórczość przeczy tej opinii, o czym możemy przekonać się w Żałobnicy czy w Zmorze, gdzie przekonywująco pod względem przede wszystkim psychologicznym buduje Pan postaci swoich bohaterek. Skąd czerpie Pan inspiracje podczas tworzenia postaci kobiecych? O ile to nie tajemnica.
R.M.: Nie ma tutaj żadnej tajemnicy. Sądzę, że w moich powieściach jest sporo bohaterek. Kiedyś za głowę się złapałem, gdy się zorientowałem, że całe otoczenie komisarza Bernarda Grossa to właściwie wyłącznie kobiety. Skalska, Judycka, koleżanka z wydziału prewencji, szefowa komendy, i tak dalej. Dużo tych kobiet, ale to dobrze. Bo to był mój handicap. Pomyślałem, że czas spróbować opowiedzieć historię z perspektywy kobiecej w narracji pierwszoosobowej.
A inspiracje płyną z lektur, filmów i seriali, i to niekoniecznie tych, w których kobiety są głównymi bohaterkami, ale tych, gdzie pojawia się kobieta, która jako bohaterka, rzeczywiście ma fabularne znaczenie.

Ł.B.: Akcję swoich książek umieszcza Pan w Toruniu lub w jego okolicach. Wyjątek stanowi Żałobnica, gdzie część wydarzeń rozgrywa się w Małopolsce, a dokładniej w fikcyjnej miejscowości Pasowiec. Dlaczego zdecydował się Pan na taki zabieg? Czy nie udało się Panu znaleźć wystarczająco odpowiedniego miejsca pasującego do opowiadanej historii?
R.M.: Chyba tak jest rzeczywiście, że nie udało się znaleźć odpowiedniej wsi. Ale też wcale jej nie szukałem. To miejsce pojawiło się w mojej wyobraźni i dobrze pasowało mi do historii, którą chciałem tam umiejscowić. Poza tym, pomyślałem, że nic się złego nie stanie, jeśli raz powołam do życia fikcyjną miejscowość. Notabene jej nazwę wymyślił mój syn. Któregoś dnia wracaliśmy ze szkoły i powiedziałem mu, że mam taki problem, że nie jestem w stanie stworzyć interesującej nazwy wsi. Syn długo nie myślał, tylko rzucił: Pasowiec. [śmiech] I to mi się od razu spodobało.

Ł.B.: W trakcie pisania powieści często sięga Pan po bohaterów ze swoich wcześniejszych książek. Niekiedy są wprawdzie tylko wspomniani, czasem jednak zdarza się im pełnić również istotną, drugoplanową rolę. Czy w ten sposób próbuje Pan stworzyć jeden duży świat, coś w rodzaju uniwersum toruńskiego, gdzie z każdą następną książką poznajemy kolejny jego fragment?
R.M.: Tak. Tak naprawdę taki sposób budowania uniwersum zaobserwowałem przede wszystkim jako czytelnik u moich wielkich mistrzów, których bardzo sobie cenię. Na przykład u Harlana Cobena. W ramach serii z Myronem Bolitarem pojawiają się bohaterzy, którzy następnie funkcjonują w kolejnych powieściach stand-alone amerykańskiego pisarza. Czasami czyni z nich postaci pierwszoplanowe, a czasami drugoplanowe. I strasznie mi się to podoba. To jest taki rodzaj puszczania oka do czytelnika. I wówczas to uniwersum zaczyna się rozrastać. W moim przypadku było dokładnie tak samo. Pomyślałem sobie, że mam pewnych bohaterów, których za szybko porzucam. Ale postanowiłem to zmienić. I dlatego Lena Wolska, która pojawiła się w opowiadaniu pochodzącym z antologii „Stulecie kryminału” wydanej przez Czwartą Stronę, wróciła w Żałobnicy. I teraz, kiedy piszę nową powieść, też robię podobnie. Nie staram się na siłę wymyślać nowych bohaterów, tylko wybieram z tych, których już stworzyłem.

Ł.B.: Czy w najbliższej przyszłości możemy spodziewać się, iż któryś z dalszych bohaterów otrzyma swoje przysłowiowe pięć minut? Duży potencjał, w moim odczuciu, zdradza choćby para występująca w Zmorze – Aldona Terlecka i Lesław Korcz.
R.M.: Tak. I rzeczywiście jeśli chodzi o pomysły na kontynuację Zmory, to one krążą w mojej głowie. Ale myślę, że ewentualna kontynuacja będzie oparta o postać Lesława Korcza, który, jak sądzę, nadal będzie występował w roli drugoplanowej.

Ł.B.: Przystępując do pisania nowej książki, podkreśla Pan w wywiadach, iż w ogóle nie ma pomysłu na jej zakończenie i pojawia się ono wraz rozwojem wydarzeń. A jak wygląda sprawa z początkiem? Kiedy następuje ten moment, że luźne do tej pory myśli przeobrażają się w historię wartą opowiedzenia?
R.M.: To zupełnie nieuchwytna sprawa. Bo to jest tak, że pomysł na powieść chyba nigdy nie urodził się w mojej głowie jako ten jeden, jedyny. Zazwyczaj pojawia się myśl, która się kotłuje i kotłuje, zmienia i przeobraża. Ostatecznie idea, który staje się początkiem historii ma się nijak do pierwotnego zamysłu.

Ł.B.: Debiutował Pan cyklem książek o dziennikarzu Marku Benerze, później pojawił się cykl z komisarzem Bernardem Grossem, jednak ostatnie dwie Pana powieści i, jak Pan wspomniał, kolejna również, to tak zwane pojedyncze strzały…
R.M.: Tak. A nawet czwarta! [śmiech]

Ł.B.: …Czy tworzenie serii przestało Panu sprawiać przyjemność?
R.M.: Absolutnie nie. Natomiast z tą serią to jest tak, że napisałem trzy tomy o Marku Benerze, a potem trzy tomy o Bernardzie Grossie i teraz trochę odpoczywam. Ale odpoczywam dlatego, żeby stęsknić się za komisarzem. Im dłużej to robię, tym bardziej tęsknię. Więc na pewno wrócę do serii chełmżyńskiej, bo po prostu lubię cykle kryminalne. Tam jest wszystko niemalże gotowe. Tam jest gotowy świat i tło obyczajowe. Trzeba tylko wymyślić interesującą sprawę, którą bohater będzie musiał rozwiązać.

Ł.B.: Książki z Markiem Benerem zaliczyć możemy do sensacji, cykl z Bernardem Grossem to już klasyczny kryminał, zaś Zmora oraz Żałobnica określane są mianem thrillerów. Czy zatem można powiedzieć, że jest Pan autorem ciągle poszukującym? A może boi się Pan zaszufladkowania?
R.M.: Nie, chyba nie boję się zaszufladkowania, bo jednak jestem autorem piszącym literaturę gatunkową. Jak wchodzę do księgarni, to wszystkie moje powieści znajdują się na półce z etykietą „kryminał”. I rzeczywiście kryminał jest takim obszernym workiem, do którego wrzucamy podgatunki takie jak thrillery psychologiczne, prawnicze, medyczne i inne, a także sensację. Natomiast uważam, że autor rozwija się wtedy, kiedy poszukuje. I takim poszukiwaniem było dla mnie napisanie Żałobnicy i Zmory. Lubię sprawdzać swoje możliwości i weryfikować własne ograniczenia.

Ł.B.: Jest Pan laureatem Nagrody Wielkiego Kalibru, Nagrody Czytelników Wielkiego Kalibru oraz Kryminalnej Piły. Czy zdobycie najważniejszych polskich laurów związanych z literaturą kryminalną jest dla Pana mobilizujące, czy też może wywołuje dodatkową presję?
R.M.: Presji raczej nie wywołuje. To nie jest tak, że kiedy siadam do pisania, to myślę: Boże, otrzymałem dwie najważniejsze w kraju nagrody dla pisarza powieści kryminalnych i co teraz? Gdybym tak do tego podchodził, to nie napisałbym już żadnego tekstu. Tymczasem, kiedy siadam do pisania, stale myślę o czytelniku i jego komforcie. Myślę o historii, o tym, żeby była interesująca, wciągająca, taka, która nie tylko zaciekawia, ale opowiada coś więcej o współczesnym człowieku.

Ł.B.: Dziękuję bardzo za rozmowę.
R.M.: Dziękuję również.

[23.08.2021 r.]



Robert Małecki – autor bestselerowych powieści kryminalnych i thrillerów, uznawany za jednego z najlepszych polskich specjalistów w tej dziedzinie. Z wykształcenia politolog, filozof i dziennikarz, zawodowo zajmujący się także nauczaniem kreatywnego pisania. Laureat Nagrody Wielkiego Kalibru i nagrody Kryminalnej Piły za Skazę oraz zdobywcą Złotej Karety w kategorii Kultura, przyznawanej przez toruński Dziennik "Nowości". Popularność zdobył dzięki opowiadaniom kryminalnym zebranym w tomach: Rewers, Nikomu się nie śniło, Kryminalna Piła. Błąd w sztuce oraz Czas zbrodni. Zmyślone kroniki kryminalnego Wrocławia. W powieściach Najgorsze dopiero nadejdzie oraz Porzuć swój strach wykreował postać dziennikarza Marka Benera. W dorobku także: Wada, Zadra, Koszmary zasnął ostatnie. W 2021 r. wydał Zmorę i Najsłabsze ogniwo.

                                                              

"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska