Całkiem (nie)zwyczajne spotkanie klubowe - opowiadanie

Poniższe opowiadanie powstało w wyniku realizacji inicjatyw w ramach zadania Dyskusyjne Kluby Książki 2021 w woj. opolskim. Na całość niniejszego opowiadania złożyły się fragmenty napisane przez opolskie kluby oraz zaproszonyh do zabawy autorów poczytnych książek.


W powietrzu zawisło coś ciężkiego, trudnego do uchwycenia. Kiedy do niewielkiego pomieszczenia w gminnej bibliotece wszedł niski, starszy mężczyzna, wszyscy zgromadzeni wstrzymali oddech. Nikt chyba nie spodziewał się, że Tadeusz pojawi się na spotkaniu klubu w niedługim czasie po tragedii, która go spotkała. Nie do końca jasnym było, jaką rolę odegrał w tamtych wydarzeniach. Ludzie plotkowali, snuli domysły, jak to zwykle bywa w małych społecznościach. Tutaj każdy się znał przynajmniej z widzenia. Mieszcząca się w samym centrum niewielkiej miejscowości, wciśnięta między remizę strażacką a sklep spożywczy biblioteka była miejscem spotkań nie tylko tych kulturalnych, choć należy przyznać, że działający przy książnicy Dyskusyjny Klub Książki rozwijał się prężnie, a na liście jego członków z miesiąca na miesiąc przybywało nowych nazwisk.

Przekraczając próg biblioteki, przybysz zrzucił z siebie wierzchnie odzienie, które wylądowało z szelestem na pobliskim wieszaku. Przeszył wszystkich zgromadzonych zaciekawionym spojrzeniem, po chwili witając ich skinieniem głowy oraz krótkim, niezbyt wyraźnym „dzień dobry”. Nie czekając na odpowiedź, przeszedł przez środek biblioteki prężnym krokiem w stronę jedynego wolnego miejsca ulokowanego przy oknie na końcu pomieszczenia. Od strony zachodniej biblioteki wpadał do środka strumień łagodnego wrześniowego, słonecznego blasku i widać było olbrzymi kasztanowiec, którego gałęzie zasłaniały widok z okna. Kolorowe listki spadały cichuteńko na równo skoszony trawnik przed budynkiem. Tadeusz wiedział już, że drzwi za nim zostały zamknięte i nikt więcej dziś nie zagości na tym spotkaniu. Już sam fakt, iż zechciał dyskutować na tematy inne, dalekie od tych rozgrywających się za grubymi murami domu przy lesie, w którym spędził wraz z rodziną większość swego życia, wzbudził w obecnych uczucie zdumienia.
– Przepraszam za spóźnienie – powiedział skrępowany, rzucając nieśmiały uśmiech.
– Nie szkodzi – odpowiedziała Pani Lucyna – Postanowiłam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś zawsze czuł się swobodnie na naszych spotkaniach.
Po tych słowach poczuł małą ulgę, jakby niewidoczna klamra, która od dłuższego czasu ściskała jego wnętrze, na moment poluzowała i dzięki temu mógł normalnie oddychać. Przez chwilę napawał się tym szczęściem. Wdech – wydech. Był wdzięczny Lucynie, moderatorce Dyskusyjnego Klubu Książki, za jej upór, mądrość i życzliwość. To głównie dzięki jej prośbom i naleganiom jest dzisiaj tutaj na spotkaniu DKK, na które jeszcze nie tak dawno uczęszczał z ochotą, gdzie czuł się bezpiecznie i swobodnie jak przysłowiowa ryba w wodzie. Dzisiaj nie czuł się pewnie. Dopadło go coś w rodzaju apatii, choć był pewien, że bardzo potrzebuje tego spotkania. Mimo ciekawskich spojrzeń skierowanych w jego stronę – chciał być tutaj, chciał dyskutować z innymi i zapomnieć choć na chwilę. Docierały do niego fragmenty rozmów. Próbował się skupić. Z trudem przypomniał sobie tytuł książki, o której rozmawiano. Była to powieść Magdaleny Majcher Mocna więź. Książka na nowo wywołała w nim falę wspomnień. Obrazy Marii siedzącej w fotelu i trzymającej papierosa w prawej ręce. Marii, która podnosi wzrok i łagodnie się uśmiecha. I tej, która żywo gestykulując, broni swoich racji. Już nie pamiętał, czy przy książce Majcher, czy innej dość ostro się posprzeczali. Maria nie była łatwym rozmówcą. Była dociekliwa, często konstruowała pytania w rodzaju: A gdyby?... Podchodziła emocjonalnie do przeczytanych książek. Kochała czytać tak jak on. Uświadomił sobie, że o ukochanej osobie myśli w czasie przeszłym i nie wiedząc kiedy, z jego oczy popłynęły łzy, a z gardła wydobył się nieśmiały szloch. Boże, jak bolało! Jak bardzo bolało... W sali zrobiło się cicho. Słychać było tylko tykanie ściennego zegara, któremu towarzyszyło zdławione łkanie Tadeusza.
– Chciałabym jeszcze raz serdecznie państwa powitać na spotkaniu naszego klubu – Pani Lucyna jako jego moderatorka poczuła się w obowiązku przerwać ciszę, która niespodziewanie zapadła w pomieszczeniu, w którym się znajdowali.
– To nasze pierwsze spotkanie w tym miesiącu – kontynuowała dalej – więc przypominam, że jak to nasza tradycja nakazuje, wybieramy książkę, o której będziemy dyskutować następnym razem. Zatem słucham: ktoś chciałby coś zaproponować?
Po usłyszeniu pytania zgromadzeni klubowicze wciąż milczeli, jakby się bali, że gdy powiedzą choć słowo, to stanie się coś złego. Głos Pani Lucyny wyrwał z zamyślenia Tadeusza, sprawiając, że obraz Marii, który jeszcze parę sekund temu tak wyraźnie miał przed oczami, równie szybko zniknął, jak się pojawił.
– Proszę śmiało. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, proszę powiedzieć głośno. Przecież nikt tu nikogo nie ugryzie, no chyba że ktoś tu zapomniał zjeść w domu obiad – zażartowała moderatorka, próbując rozładować atmosferę, która była tak gęsta, że spokojnie można ją było kroić nożem. „Czemu się krępują odpowiedzieć?” – pomyślał Tadeusz. „Pewnie to z mojego powodu” – dodał po chwili w myślach. I postanowił, że to on będzie tą osobą, która przerwie wciąż panującą wśród zgromadzonych ciszę. Wiedział, że powinien podać jakiś tytuł. Coś, co kojarzyło mu się z Marią. Książka o wielkiej miłości na przykład albo o bólu utraty. Ale nie mógł sobie przypomnieć żadnego tytułu. Choć czytał całe życie. Choć książki na regale w domu stały w dwuszeregu. W głowie wciąż odbijały się echem jej ostanie słowa, oczy przesłaniały powidoki ze szpitala: torba z jej rzeczami, dokumenty w teczce z białej tektury, zamilkłe monitory. Tadeusz podniósł się, obrócił tyłem do reszty; nie chciał, żeby widzieli jego twarz, nie chciał ich krępować swoim bólem. Zobaczył, że obok jego krzesła leży książka w niebieskiej oprawie. Skąd się tam wzięła? Czy sam ją przyniósł? Nie wszystko pamiętał z tych ostatnich dni, więc niewykluczone. Otarł oczy wierzchem dłoni i odczytał tytuł.
- Statystycznie rzecz biorąc... - powiedział łamiącym się głosem.
Obudziło to dyskusję, ale on ponownie pogrążył się we własnych myślach.
Jak przystało na profesora matematyki, statystyka była całym jego życiem, ale tym razem nie przyniosła mu ukojenia. Statystycznie rzecz biorąc 33% kobiet w Polsce dokonuje zdrady. Ale nie spodziewał się, że ona będzie zaliczać się do tego grona. Statystycznie rzecz biorąc mężczyźni zdradzają częściej. Ale przecież on nigdy nawet nie myślał o tym, żeby ją zdradzić. Statystycznie rzecz biorąc jedynie 27% osób zdradzanych się o tym dowiaduje. Może gdyby nie wiedział, wszystko skończyłoby się inaczej. Statystycznie rzecz biorąc, najczęstszą przyczyną, dla której mężczyzna zabija swoją partnerkę, jest zazdrość. Ale przecież on wcale nie chciał jej zabić. Statystycznie rzecz biorąc większość ofiar upadków z wysokości to mężczyźni. A więc to on powinien był zginąć zamiast Marii. Statystycznie rzecz biorąc to nie musiało przytrafić się właśnie im.
Próbując wyrwać się z zamyślenia, spojrzał na panią Lucynę i zorientował się, że ona też mu się przyglądała. Lucyna nie spodziewała się, że Tadeusz pojawi się na spotkaniu tak szybko, ale to tylko przyśpieszy realizację jej planów. Nie wierzyła, że śmierć Marii była tylko wypadkiem. Przybrała przed Tadeuszem maskę współczującej moderatorki, ale tak naprawdę to ona cierpiała bardziej po utracie ukochanej kobiety. Podejrzewała, że to Tadeusz skrzywdził Marię i miała nadzieję, że jeśli się do niego zbliży, znajdzie na to dowody. Tadeusz zaślepiony miłością nie zdawał sobie sprawy, że ich małżeństwo było tylko fikcją. Nie wiedział, że tylko Lucyna potrafiła uszczęśliwić jego żonę.

Tadeusz zmarszczył brwi. „Dlaczego, do jasnej cholery, ona tak bardzo się na mnie gapi?” – pomyślał. W jej oczach było coś złowieszczego, nie dostrzegł tam ani śladu współczucia, a jedynie nienawiść tak mocną, że gdyby spojrzenie miało moc sprawczą, pewnie spłonąłby żywym ogniem. Musiała więc coś podejrzewać. Ale dlaczego? Przecież Maria nie należała do osób, które skłonne były do zwierzeń. Czyżby więc to Lucyna była ową tajemniczą Colette, której liścik miłosny znalazł pewnego dnia przez czysty przypadek wśród drobiazgów żony? Gdyby tylko mógł cofnąć czas, z całą pewnością nie wziąłby do ręki tej cholernej powieści! Co go obchodziła Ta sama rzeka jakiejś tam Edyty Świętek? On czytał Twardocha, Chmielarza czy nawet Pilipiuka – same na wskroś „męskie” rzeczy! Aż nagle pewnego dnia, niesiony zadziwiającym impulsem sięgnął po książkę, na okładce której zobaczył dwie osoby – mężczyznę i kobietę romantycznie opatulonych, tonących w ciepłych brązach zachodzącego słońca. Nie przepadał za takimi książkami. A jednak wziął ją do ręki, przekartkował i wtedy wypadła kartka. Ta kartka, której czytać nie powinien! Nie uwierzyłby, że jakaś kobieta w XXI wieku pisze list miłosny, gdyby sam go nie przeczytał. Cóż tam było zawarte?! Wynurzenie tak osobiste i obfitujące w pikantne szczegóły, że zrobiło mu się duszno, a kołnierzyk koszuli boleśnie uciskał jego krtań. I może nie przyjąłby się tym w ogóle, uznałby, że to jakaś poprzednia czytelniczka włożyła nieopatrznie ten szpargał pomiędzy kartki książki, a później zwróciła ją do biblioteki, gdyby nie to, że epistoła zawierała bardzo dosadny opis znamienia znajdującego się po wewnętrznej stronie uda żony, w miejscu tak bliskim intymnego zakamarka rozkoszy, że prócz niego nikt nie miał najmniejszego prawa, by znać ten detal. I właśnie w tym momencie obrazy w jego głowie zaczęły składać się w całość niczym skrawki łamigłówki.

Maria zdradzała go z kobietą! Perwersyjnie, wyuzdanie i bez jakichkolwiek zahamowań.

„A jednak przyszedł” – pomyślał niechętnie Marek. Trochę młodszy od Tadeusza drugi przedstawiciel płci męskiej na zdecydowanie sfeminizowanych spotkaniach DKK. Siedział nieopodal, obserwując beznamiętnie grę uczuć na twarzy ostatniego z przybyłych. Nie słyszał, co mówiła Pani Lucyna, nie interesowały go w tej chwili jakiekolwiek książki – ani ta, którą mieli omawiać, ani te, które wybiorą jako lekturę na przyszłość. „Maria nie żyje, pewnie ją zabił, a zachowuje się, jakby nic się nie stało...” – myśli w głowie Marka przelatywały niby roje much, niechciane a nieustępliwe. „I jeszcze te łzy... takie na pokaz...” – z narastającą nienawiścią wpatrywał się w Tadeusza. „Maria, jego Maria nie żyje! Kochała tylko jego! Nie Tadeusza, a właśnie jego, Marka. Sama mu o tym mówiła. Nie jeden raz... Każdym spojrzeniem, każdym uśmiechem. Tylko w jej obecności czuł, że żyje. Tylko z nią świat stawał się przyjazny...” Natłok wspomnień spowodował, że wzruszenie ścisnęło krtań przystojnego bruneta. Marek wstał, odsunął krzesło, chwycił rączkę teczki i ruszył w stronę drzwi. „A temu co się stało?” – Tadeusz bez słowa wpatrywał się w plecy wychodzącego z biblioteki mężczyzny. Wszyscy zamarli.

Klubowicze z wielkim zdziwieniem zareagowali na wyjście Marka. Wśród zebranych rozległ się szept, aby wrócić do tematu i wybrać tytuł książki na następne spotkanie. Wtedy Tadeusz przypomniał sobie tytuł książki, którą chciałby zarekomendować.
– To może jednak ja… – powiedział cicho. Niemal niedosłyszalnie, a jednak osoby wokół niego zamilkły. Cisza rozchodziła się po sali falą, gasły rozmowy, ostatnie szepty kołysały się jeszcze, gdy wszystkie głowy skierowały się w stronę Tadeusza. Wstał w całkowitej ciszy. Odchrząknął i powtórzył głośniej.
– To ja zaproponuję Latawce Agnieszki Lis. Krótka i trudna historia, prawie tak jak moja. Bo ja… Nikogo nie kochałem bardziej niż Marii. I wbrew plotkom, które rozsiewają niektórzy – Tadeusz rozejrzał się po sali kontrolnie. Wszyscy słuchali z uwagą – Maria kochała tylko mnie. Z brzemieniem jej śmierci będę kroczył przez życie do końca swoich dni… – zamilkł na chwilę. Miał wrażenie, całkiem zresztą słuszne, że niektórzy z obecnych wstrzymali oddech – Czuję się odpowiedzialny za jej śmierć. Jestem winny…
Chciałby powiedzieć coś więcej, jednak raptownie uwaga wszystkich skierowała się na młodego chłopaka, który zerwał się z krzesła postawionego niemal w samym kącie. Mało kto zdawał sobie sprawę z jego obecności. Na DKK zwykle przychodziły kobiety i dziewczyny, z mężczyzn wyłącznie Tadeusz i Marek. Kim był ten chłopak? Tadeusz ledwie go kojarzył. Syn sklepikarki?
–To bzdura! – wykrzyknął falsetem młodzieniec – Maria była tylko przeszkodą! To moja matka jest twoją prawdziwa miłością! Po czym chłopak natychmiast wybiegł.
W sali zapadła cisza. Tadeusz rozejrzał się, zgromadzeni patrzyli po sobie skonsternowali. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rozległ się przejmujący pisk hamulców i huk gniecionej blachy. Gdzieś niedaleko, zapewne tuż przed wejściem do biblioteki, szkło sypało się niczym zerwane z kobiecej szyi korale. Klubowicze zerwali się z krzeseł i zaczęli tłoczyć przy wyjściu. Został tylko Tadeusz i Lucyna. Patrzyli na siebie z nienawiścią. Serce mężczyzny momentalnie się ścisnęło. Twarz Lucyny przypominała mu o „tej” kartce, a bolesne wspomnienia jak bumerang wracały do niego. Aby wyzbyć się cierpienia, najchętniej pozbyłby się kobiety, która była obiektem westchnień jego żony i spowodowała całą spiralę nieszczęść. Na myśl przyszły mu jednak jego dzieci. Nie mógłby zostawić dwójki małych szkrabów bez żadnej rodziny. Teściowie odwrócili się od niego i wnuków, obwiniając Tadeusza o śmierć ich ukochanej, jedynej córki, o którą starali się tak długo. On sam rodziców nie miał – zginęli w wypadku samochodowym, gdy miał 13 lat – więc wie, jak wyglądają perypetie życia sieroty i z pewnością chciałby uchronić swoje pociechy od takiego obrotu wydarzeń. Lecz nagle z tego zamysłu wyrwał go silny ból i mrowienie lewego policzka po uderzeniu go przez Lucynę. Wściekłość oraz chęć pozbawienia stłamszonych uczuć wygrała nad opanowaniem i łagodnością, jakie towarzyszyły jej każdego dnia. Chcąc zemścić się na domniemanym zabójcy, uderzyła go w twarz. Zszokowany mężczyzna gdy rozeznał się w sytuacji, nie zdążył nawet złapać oddechu, gdy na jego brzuchu wylądowało kilka kolejnych ciosów. Skulony upadł na kanapę. Lucyna w furii wskoczyła na niego i zaczęła go okładać pięściami. Po pewnej chwili kobieta opadła z sił i z wyczerpania usiadła w fotelu obok. Zaatakowany mężczyzna, bardziej zszokowany niż poturbowany, w końcu doszedł do siebie. Wstał z kanapy i lekko się słaniając, wyszedł z dość indywidualnego spotkania DKK, aby pod wpływem silnych emocji nie popełnić jakiegoś głupstwa. Przed wejściem do biblioteki zobaczył tłum gapiów zgromadzonych wokół samochodu. W tle dało się usłyszeć syreny karetki. Kątem oka Tadeusz dostrzegł, że przed samochodem ktoś leży. Poczuwszy przyciągającą go wręcz irracjonalnie siłę, zaczął iść w kierunku leżącej osoby. Początkowo widział tylko granatowe nogawki jeansów i ciemne skarpetki (z miejsca, w którym się znajdował, nie był wstanie dokładniej określić ich barwy) i eleganckie, czarne, zamszowe półbuty męskie. Jednak z każdym kolejnym krokiem jego oczom ukazywał się coraz większy fragment ciała. Kolana, uda, tułów skryty pod czarną koszulką z ilustracją przedstawiającą światło rozszczepione przez pryzmat, będące nawiązaniem do jednej z najsłynniejszych okładek muzycznych, a mianowicie Dark Side of the Moon grupy Pink Floyd. Szyję. Gdy dostrzegł głowę, z niedowierzania się zatrzymał. Oto widział przed sobą nie młodzieńca, który przed chwilą wybiegł z biblioteki, lecz leżącą na prawym boku Marię. Z kącika jej ust spływała stróżka krwi. Nagle kobieta odwróciła głowę w jego kierunku i pogardliwie uśmiechnęła się.

***

Tadeusz poderwał się i przez chwilę w panice wodził wzrokiem po pomieszczeniu, zanim zrozumiał, że jest w łóżku we własnej sypialni. „To tylko zły sen” – pomyślał z ulgą. Wokoło panowały ciemności i niemalże idealna cisza. Jedynie cichy oddech śpiącej obok Marii świadczył, że nie jest sam. Spojrzał w jej kierunku, na swoją ukochaną żonę i poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. Dziś zrobi to co musi zrobić. Nie ma już odwrotu.



                                                              

"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska