Tomasz Różycki


Fenomen stanisławowski (wspomnienie z 2008 roku)


Z Opola do Stanisławowa jest 666 kilometrów, jak informuje tabliczka pod opolskim Ratuszem, wskazująca kierunki do europejskich „miast partnerskich”. Razem z Moniką i Piotrem wybraliśmy się więc tam samochodem i droga – możliwa przecież do przejechania w jeden dzień – okazała się rzeczywiście dość piekielna, szczególnie, kiedy samochód musiał pokonywać niespotykanej wielkości i urody dziury po wschodniej stronie granicy. Kiedy później jeździłem tą samą trasą, była już zupełnie inna, wyremontowana i wygodna, ale wtedy, za pierwszym razem, wciąż nosiła ślady postsowieckiej ruiny. We Lwowie dołączył do nas Jurij Andruchowycz i to on był naszym przewodnikiem w drodze do samego Iwano-Frankiwska. Dziwna to była podróż, ponieważ nie mogła się nie nakładać na nią druga: podróż w krainę umarłych, podróż we wspomnienia z dzieciństwa. We Franku (tak mówią dziś na Iwano-Frankiwsk, który przed drugą wojną światową nosił nazwę Stanisławów) Jurij pokazał nam na przykład gmach poczty, której dyrektorem kiedyś był wuj mojej babci – ona sama jeździła tam na wakacje i nasłuchała się od ciotki, jak krótko należy trzymać męża. Ciotka nie miała dzieci, ale wychowała i wykształciła dwóch chłopców z ubogiej rodziny. Ci chłopcy potem zginęli w tragicznych okolicznościach w czasie wojny z bolszewikami. W ten sposób historia nie dawała mi spokoju – wszystko, każda nazwa wioski, przez którą jechaliśmy, każda ulica skrywała pod sobą inną ulicę, inni ludzie wołali spod zielonej trawy. Zdawał sobie z tego sprawę Jurij, który prowadzał nas po Stanisławowie i po Franku, po tym i po tamtym mieście, wskazując też na to, co ewentualnie mogło oba miasta łączyć: na ślady po habsburskim imperium.

Widzieliśmy więc gmach Poczty i gmach Zarządu Kolei, widzieliśmy dziwny Ratusz w stylu modernistycznym, widzieliśmy w tym samym stylu utrzymany kinoteatr, widzieliśmy ulicę Szewczenki, dawną Lipową (o niej pisał w przewodniku z początku wieku XX doktor Mieczysław Orłowicz: „najpiękniejsza ulica w mieście”). Widzieliśmy kościół i kolegiatę, widzieliśmy wreszcie willę „Dolara”, największego aktualnie mafioso w mieście. Ale widzieliśmy też Tarasa Prochaśko, tego samego botanika, który napisał magiczne książki: Inne dni Anny, Niezwykłych, Spalone lato i Z tego można zrobić kilka opowieści. Franek to też jego miasto. Siedziałem z nim na ławce pod odrapanym murem. On zadawał pytania do miejscowej gazety, ja odpowiadałem i po chwili zrozumieliśmy, że właściwie możemy się zamienić, bo on odpowiada za mnie, a ja wyprzedzam jego pytania. Tajemnicze porozumienie, tak, jakbyśmy się bardzo dobrze znali. Pisał kiedyś: „Tego lata wpadłem na dziwny pomysł – chciałem zapisać całe nasze lato, wszystkie dni i wszystko, co zostało powiedziane. Idea pojawiła się kilka dni po przyjeździe – zacząłem sobie przypominać, co już się wydarzyło, dzieci przypominały mi różne momenty do zapisania. Potem zaproponowały, żeby dzień czy dwa po prostu przeleżeć w łóżkach, nie mówiąc nic – żeby kronika dogoniła czas rzeczywisty”.

Lato właśnie się miało zacząć, jeszcze powiewał chłodny wiatr znad Karpat, a może z drugiej strony, od Dniestru i jego jarów, albo jeszcze dalej, od tych legendarnych stepów? Ale wszędzie było już szaleńczo zielono. Dziwna energia czasami wstrząsa ciałami przysypiających już, prawie trupich literatur. Taka energia wstrząsała właśnie literaturą europejską i to była energia ze wschodu. Wiele napisano już o „Fenomenie stanisławowskim”, ale ja zastanawiałem się, dlaczego niektóre ziemie są szczególnie przeklęte, jeśli chodzi o historię, i szczególnie szczęśliwe, jeśli chodzi o pisarzy i poetów. Ta ziemia niewątpliwie taka jest od kilkuset już lat, i wtedy na ławce pomyślałem, że dwudziesty wiek był dla tych rejonów rekordowy. Listą niezwykle utalentowanych pisarzy można by obdzielić kilka państw. Wystarczyłoby samego Schulza, Rotha, Herberta, Vincenza, Celana. A teraz jeszcze przyszła pora na literaturę ukraińską, na Jurija Izdryka, Tanię Malarczuk, na Tarasa i Jurija Prochaśków, na Sofiję i Jurija Andruchowyczów, na wiele innych poetek i pisarzy. To dosyć tajemnicze, tak jak to, jakiej wielkości dziury potrafią zrobić się w tamtejszych drogach w stosunkowo krótkim czasie, ledwie od upadku Imperium, ale którego? Kiedy wróciliśmy, kupiłem Tajemnicę, właśnie wydaną w Polsce nową powieść Jurija Andruchowycza, o której rozmawialiśmy we Lwowie. Chciałem znaleźć jakieś odpowiedzi na własne pytania, ale było trochę tak, jak w rozmowie z Tarasem – książka zaczęła zadawać pytania, które pamiętałem z czasów dzieciństwa.

Teraz, kiedy w Ukrainie trwa wojna z Rosją, myślę, że niestety historia wciąż i wciąż nie chce zostawić tych ziem w spokoju. Ale wtedy, kiedy wróciłem do Opola, zaczęło się lato i zapytano mnie, jaką książkę chciałbym polecić na wakacje. I pomyślałem, że chcę polecić właśnie tę literaturę, wszystkie książki Tarasa, Sofiji, Jurija. Niezwykli, Inne dni Anny, Felix Austria, Perwersja, Dwanaście kręgów, Radio Noc. I od razu zrobię zastrzeżenie: być może wiele z tych książek to nie są tradycyjne powieści, ale jeśli chcecie prawdziwej historii, bohaterów i przygód, to je w nich znajdziecie. Być może nie są to zwykłe, szablonowe opowieści autobiograficzne, ale jeśli chcecie znaleźć tam kawałek życia jednych z najciekawszych w tej chwili pisarzy europejskich, to je tam znajdziecie. Nie są to eseje, ale jeśli chcecie dowiedzieć się jeszcze czegoś ważnego i świeżego na temat Europy, to się dowiecie. Nie są to wywiady-rzeki, ale jeśli chcecie utonąć, utoniecie. Nie są to także elegie, ale jeśli chcecie, zapłaczecie. Nie są to wcale poematy, ale będziecie poruszeni ich pięknem. Nie są to być może książki na wakacje, ale jeśli chcecie wakacji, to je przeczytajcie.

                                                              

"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska