Jolanta Zakrawacz
Dział Instrukcyjno-Metodyczny WBP w Opolu


„Oni opowiadają mi swoje historie, a ja mam ten zaszczyt, że mogę przekładać je na literaturę” – rozmowa z Iloną Wiśniewską


Jolanta Zakrawacz: Przed chwilą skończyło się spotkanie z młodszymi czytelnikami. Czy łatwiej jest odpowiadać na pytania dzieci, czy dorosłych?
Ilona Wiśniewska:
Dzieci mają zazwyczaj bardziej dociekliwe pytania. Dopytują o praktyczne aspekty życia. I bardzo lubię odpowiadać na pytania dzieci, bo one każdą nieścisłość, która pojawi się w mojej wypowiedzi, wyłapią.

J.Z.: Jest Pani autorką znanych i cenionych reportaży, tymczasem Przyjaciel Północy to Pani debiut powieściopisarski. Czy był to eksperyment, próba zmierzanie się z innym gatunkiem, a może zapowiedź zmian w Pani pisarstwie?
I.W.:
Przyjaciel Północy to jest moja wymarzona książka, którą chciałam napisać od wielu lat. Jest to opowieść o synu mojej przyjaciółki, który przyjechał na Spitsbergen w wieku dziewięciu lat i jego obecność na tej wyspie zainspirowała mnie do tego, aby napisać powieść, w której on będzie głównym bohaterem. Więc tutaj nie jest to żadna zmiana mojego sposobu czy myślenia o pisaniu lub tego, co mnie najbardziej interesuje. Nie jest to też eksperyment, ale próba napisania fabuły, której akcja dzieje się na Arktyce z tymi samymi bohaterami, którzy są w reportażach. Taka próba sfabularyzowania reportażu.

J.Z.: Rzeczywiście w Przyjacielu Północy pojawiają się postacie autentyczne, o których pięknie Pani napisała. To są Pani przyjaciele?
I.W.:
My się na Północy z reguły wszyscy lubimy. Więc to są moi znajomi, przyjaciele, członkowie mojej rodziny oraz osoby, które są dla mnie autorytetami, jeśli chodzi o sprawy Północy. Dlatego że ja się nie znam od strony naukowej na przykład na zmianie klimatu, na tym, jak zwierzęta się dostosowują do warunków życia, a ci moi znajomi i przyjaciele to wiedzą i bardzo chciałam, żeby byli bohaterami tej książki. Oni wiedzą, co jest o nich napisane, mieli na to wpływ i też mogli na przykład poprosić, aby ich kurtka była w takim, a nie innym kolorze [śmiech]. Ponieważ zależało mi także na tym, aby mieli radość z czytania tej książki.

J.Z.: Przyjaciel Północy to książka z ekologicznym przesłaniem. Czy na Spitsbergenie gołym okiem widać ocieplenie klimatu?
I.W.:
Ja go własnym okiem nie widzę, dlatego że ja tam jestem za krótko. Ale osoby, które znam i które mieszkają tam od trzydziestu lat, zauważają to. Widzą, że pogoda jest mniej stabilna, że jest mniej lodu, że zwierzęta się wynoszą bardziej na północ – tam gdzie jest zimniej. Ja tę wiedzę czerpię od osób, które mają większe doświadczenie.

J.Z.: Lektura Przyjaciela Północy u wielu czytelników rozbudziła miłość do Arktyki. Czy Spitzbergen jest trudnym miejscem do zamieszkania? Co Panią osobiście zaskoczyło w porównaniu do wcześniejszych wyobrażeń?
I.W.:
To jest miejsce, w którym z jednej strony żyje się bardzo łatwo, bo jest to obszar mało zaludniony, ludzie są otwarci i każdy skądś przyjechał, więc każdy szuka innych osób, z którymi mógłby nawiązać kontakt. Przez większość roku jest tam bardzo zimno, dlatego warunki życia codziennego bywają wyzwaniem. Trzeba zawsze ciepło się ubrać. Ponadto przez cztery miesiące jest jasno, czyli słońce nie zachodzi, albo jest przez cztery miesiące ciemno. Są to warunki, do których można się przystosować, co zabiera oczywiście czas. A co mnie zaskoczyło? Myślę, że zaskoczyło mnie to, jaka jest to sympatyczna społeczność. To takie miejsce, w którym spotykają się ludzie z całego świata, zimno ich zrównuje i oni na tej równości, na której są, potrafią budować fajną codzienność.

J.Z.: Czy to prawda, że na Spitsbergenie nie można mieć kotów? Laikom nasuwa się myśl, że po prostu byłoby im tam za zimno, ale rzecz jest chyba znacznie poważniejsza. Chodzi o ochronę ptaków?
I.W.:
O ochronę ptaków też. Koty na Spitsbergenie kiedyś były, ale w latach osiemdziesiątych wprowadzono dla nich zakaz wstępu. I te koty wywieziono. Oczywiście nie wszyscy tak postąpili, więc są tam jakieś „nielegalne” koty, ale nie ma ich w przestrzeni publicznej. Więc ptaki są jednym z powodów. Drugim jest to, że tam powszechnie panuje wścieklizna i koty mogłyby ją przynieść. Czy jest im za zimno? Ja się o siebie też martwiłam, ale to jest inne zimno. My jesteśmy przyzwyczajeni do takiego polskiego chłodu, któremu towarzyszy wilgoć. Na Północy ono jest suche. Mimo że jest to wyspa otoczona morzem, to jest tam półpustynny klimat, więc powietrze jest suche i inaczej się marznie. To jest takie odczucie, jak na przykład bylibyśmy w środku zimy wysoko w górach. Jest sucho, jest mróz, ale nie marzniemy aż tak bardzo.

J.Z.: Pisanie dla młodego czytelnika to – jak sobie wyobrażam – bardzo trudne zadanie. Czy po skończeniu książki miała Pani podobne refleksje? Czy będzie druga część Przyjaciela?
I.W.:
Prawdę powiedziawszy, to nie mam pojęcia, jaka jest literatura dla dzieci, bo ja jej nie znam. Nie mam własnych dzieci i ta literatura jest dla mnie absolutnie obca. Więc napisałam taką książkę dla dzieci, jaką sama chciałabym przeczytać i taką, jaką sama czytałam w dzieciństwie [śmiech]. Czy będzie druga część? To się okaże. Aktualnie zbieram opinie młodych czytelników (bo ona jest głównie do nich skierowana) i zobaczymy, czy losy Daniela przerodzą się w kolejną książkę, czy nie. Daniel jest prawdziwą postacią, więc nie wiem, czy będzie sobie życzył być postacią literacką po raz kolejny. Zobaczymy. Na pewno jeszcze na Spitsbergenie i w Arktyce jest wiele miejsc, o których w Przyjacielu nie wspominam i jest też mnóstwo zwierząt, które będzie można zobaczyć i dużo ludzi, których będzie można poznać.

J.Z.: Czy jest Pani taką ciocią, jak książkowa ciocia?
I.W.:
Tak. Ale ja jestem też w tej książce – jeżeli mnie utożsamiać z ciocią Daniela – o wiele lepszą wersją siebie. Dlatego że ja nie jestem tak odważna, żeby zabierać dwunastolatka na wyprawę z namiotem w teren na Spitsbergenie i sama chodzić z bronią. Mam za duży szacunek i zawsze miałam do przyrody, i jakby za mało doświadczenia na tej wyspie, żeby w pojedynkę zabierać młodego człowieka. Ale już jeden z bohaterów książki – Birger, który tam spędził z czterdzieści lat – mógłby młodego człowieka zabrać na wyprawę. Więc te relacje, które my mamy z Danielem w tej książce, to są nasze rzeczywiste relacje. Bo ja przez to, że mam mało dzieci w swoim najbliższym otoczeniu, to zawsze rozmawiam z nimi jak z partnerami, bo nie wiem, jak się rozmawia inaczej. Więc te nasze rozmowy w książce są rzeczywiście czasami dialogami, które między nami miały miejsce.

J.Z.: Czy faktycznie niedźwiedzie polarne i renifery podchodzą tak blisko domów?
I.W.:
Zdarza się. Reniferom czasami zdarza się drapać o ściany domów, w których się mieszka, bo to jest bardzo dobry drapak. Zdarza się też, że zwabione zapachami niedźwiedzie włamują się do domków czy do domów stojących w terenie. Więc tam rzeczywiście przyroda jest na wyciągnięcie ręki i ona też sprawia, że człowiek nie czuje się intruzem. Uczy się szacunku do natury, bo ona jest tak blisko!

J.Z.: Książka jest ozdobiona ilustracjami Mariusza Andryszczyka. Czy Pan Mariusz także był na Spitsbergenie, że tak wspaniale przyozdobił Pani książkę?
I.W.:
On nie był na Spitsbergenie, ale dostał ode mnie ogromny pakiet zdjęć wykonanych przeze mnie i Birgera (tego książkowego), żeby stworzyć mu jakąś przestrzeń do zrobienia tych ilustracji. Ale niektóre ilustracje rzeczywiście pochodzą tylko i wyłącznie z jego fantazji, co jest też wspaniałe dla mnie jako autora tej książki.

J.Z.: Czy tęskni Pani za Polską? A jeśli tak, to za czym najbardziej? A gdy jest Pani tu, to czy tęskni Pani za Północą?
I.W.:
Ja mieszkam już na Północy od trzynastu lat. Na Spitsbergenie już nie, ale mieszkam w północnej Norwegii, gdzie też jest zimno i ciemno. Więc będąc w Polsce tęsknię za Norwegią, a będąc w Norwegii tęsknię za Polską. A jeśli chodzi o nią, to główna tęsknota skierowana jest do mojej rodziny i do moich najbliższych przyjaciół. Z drugiej strony na Północy nie ma dobrych warzyw i nie ma pociągów. Ja uwielbiam jeździć pociągami, więc to jest też taka rzecz, za którą tęsknię. Z kolei będąc w Polsce bardzo często brakuje mi powietrza, które jest w Norwegii. I spokoju. Ale też czasami tęsknię za serdecznością ludzi, bo tutaj jeszcze mamy lekcję do odrobienia…

J.Z.: Jakie ma Pani marzenia?
I.W.:
One się zmieniają w zależności od tego, co robię. Nie mam takich wielkich, do których dążę .To są raczej małe rzeczy, bo staram się nie planować jakoś swojego życia. Podążam za tym, co mi to życie przynosi i cieszę się, jeżeli nawet fragment jakiegoś marzenia się spełnia. Bo to już jest dobrze.

J.Z.: W maju będzie miała miejsce premiera Pani najnowszej książki Migot, która dotyczyć będzie Grenlandii. Dlaczego ponownie Grenlandia?
I.W.:
Wszystkie moje książki wynikają z siebie nawzajem. Pierwsza książka o Spitsbergenie była wynikiem tego, że mieszkałam na tej wyspie. Będąc na Spitsbergenie, jeździłam do północnej Norwegii, żeby się ogrzać latem i tam napisałam kolejną książkę. Tam też usłyszałam o Inuitach, którzy mieszkają na Grenlandii. Więc poleciałam na Grenlandię i napisałam tam pierwszą grenlandzką książkę. Poznałam tam także i zaprzyjaźniłam się z siedemnastoletnim chłopakiem, który odebrał sobie życie niedługo po tym, jak ja tam byłam. I kolejna moja książka jest wyprawą do miejsca, skąd on pochodził, czyli do najdalszej północy Grenlandii zamieszkanej przez ludzi. Chciałam poznać jego miejsca. Więc to wszystko tak na dobrą sprawę jest wynikiem mojej pierwszej książki o Spitsbergenie.

J.Z.: Ostatnie pytanie, tradycyjne na spotkaniach autorskich i zazwyczaj pojawia się jako pierwsze: jakie były początki Pani kariery pisarskiej? Od czego to wszystko się zaczęło?
I.W.:
To się zaczęło od podstawówki w Prószkowie. Zawsze lubiłam pisać. Lubiłam czytać i pisać, bo to mi się wydawało dobrym zajęciem dla dziecka będącego introwertykiem, a ja zawsze raczej byłam takim dzieckiem, które lubiło własne towarzystwo. Więc pisanie było bardzo dobrą metodą na spędzanie czasu i pojawiło się jakoś naturalnie. Wyjechałam na Północ z Wrocławia, gdzie mieszkałam. Z dużego miasta, gdzie miałam bardzo dużo bodźców. Na Spitsbergenie, kiedy już znalazłam tam pracę, kiedy to życie zaczęło się jakoś toczyć, to stwierdziłam, że jest tam tyle przestrzeni i ja mam tam sama tyle przestrzeni ze sobą, że mogę spróbować coś wreszcie napisać. A przy okazji poznałam bardzo ciekawych ludzi i oni zainspirowali mnie, aby o nich opowiedzieć. I to się tak toczy – wszystkie te książki są o ludziach, których poznaję w tych miejscach na Północy. Oni opowiadają mi swoje historie, a ja mam ten zaszczyt, że mogę przekładać je na literaturę.

J.Z.: Dziękuję za rozmowę.
I.W.:
Dziękuję bardzo.

[12.04.2022 r.]

Ilona Wiśniewska – mieszkająca w północnej Norwegii reporterka i fotografka, współpracuje z „Dwutygodnikiem”, „Polityką” i „Dużym Formatem”. Autorka książek: Białe. Zimna wyspa Spitsbergen, Hen. Na północy Norwegii (nagroda w konkursie Travelery) oraz Lud. Z grenlandzkiej wyspy (Kryształowa Karta Polskiego Reportażu – Nagroda Prezydenta Lublina, nominacja do nagrody MediaTory w kategorii ObserwaTOR), a także opowieści dla dzieci Przyjaciel Północy. Inne wyróżnienia: tytułu Kobiety Roku 2015 w plebiscycie portalu wp.pl, Nagroda im. Beaty Pawlak, nominacja do Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej, wiedeńska Złota Sowa Polonii.

                                                              

"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska