Nr 4/2017 (LXI) ISSN 2083-7321




Kordian Michalak
Dział Bibliografii, Informacji i Promocji WBP w Opolu

Opolanie – jacy są… Rozmowy z twórcami opolskiej kultury

NIE MUSZĘ BYĆ AKTOREM DO KOŃCA ŻYCIA
Rozmowa z Leszkiem Malcem



Zdjęcie: Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Kordian Michalak: W ubiegłym roku obchodziłeś 25-lecie pracy na scenie – takie rocznice sprzyjają podsumowaniom. Jakie były Twoje refleksje przy okazji tego jubileuszu?
Leszek Malec: Chciałem go podsumować spektaklem, który sobie wymyśliłem i chciałem zagrać, ale z – przyczyn, o których nie chcę za bardzo mówić – niestety, nie zostało to zrealizowane. Bardzo z tego powodu żałuję. A refleksje? No cóż, patrzę jak czas szybko płynie… Nasze życie to taka iskra, płomyk świecy.

KM: W jednym z wywiadów powiedziałeś kiedyś tak: „Już chciałem odejść z teatru i zostać dziennikarzem, ale wtedy przyszła propozycja zagrania Kordiana”…
LM: Tak, to był taki przełom. W teatrze skończyła się era dyrektora Szczepana Szczytno, nastała era Jana Feusette’a. Dostałem wtedy propozycję pracy z Radia Eska we Wrocławiu (którego byłem współzałożycielem). A że pracowałem wcześniej w radiu studenckim, a potem w Radiu Wrocław, to pomyślałem sobie, że może faktycznie zrezygnuję z aktorstwa na rzecz dziennikarstwa. To były czasy strasznej „nędzy” w teatrze, początek lat 90., zmiana ustroju, zarobki w teatrze były bardzo niskie, chciałem już złożyć wypowiedzenie. Żeby zarobić, pojechałem na trzy tygodnie do Niemiec plewić tytoń … W tym czasie w teatrze zmienił się dyrektor, a ściągnięty przez niego do teatru reżyser zaproponował mi właśnie zagranie Kordiana. No i postanowiłem zostać.

KM: Początki w Kochanowskim nie były łatwe, ale „zakorzeniłeś się” w tym teatrze na dobre.
LM: No tak. Ale zdarzyła się taka historia. W tym „Kordianie” zobaczył mnie reżyser Maciej Prus z Warszawy i zaproponował mi angaż w Teatrze Dramatycznym. A moja rodzina? – zapytałem. Nie, tylko pan – odpowiedział Maciej Prus. No to dziękuję – odpowiedziałem ja. Zrezygnowałem więc z Warszawy na rzecz Opola i tak już zostało.

KM: Czy można powiedzieć, że teatr to Twój drugi dom?
LM: Tak, można tak powiedzieć. Teatr im. Jana Kochanowskiego i teatr w ogóle jako taki. Nie wiem, co będzie dalej, zawód nasz to taki trochę cygański korowód, na razie idzie do przodu, ale kto wie, co będzie dalej.

KM: Miłość do teatru wyniosłeś z domu?
LM: Nie, nie pochodzę z rodziny artystycznej. Moja rodzina jest raczej sportowa. Siostra była mistrzynią Polski w „trójce” w akrobatyce sportowej, ojciec był oficerem zawodowym, moi bracia także zajmowali się sportem, ja też miałem pewne osiągnięcia: mając 15 lat na setkę biegałem 11,6 i mogłem się w tym kierunku rozwijać. Ale nastał stan wojenny i wszystko się jakoś tak „rozeszło”. A miłość do teatru zaszczepiła mi reżyserka Teresa Kossakowska, która w domu kultury w Ełku, gdzie mieszkałem, prowadziła zajęcia teatralne. Zacząłem więc działać w tym kółku teatralnym, jeździliśmy ze spektaklami po Polsce i bardzo mi się to spodobało. Ukończyłem technikum ekonomiczne i przez kilka miesięcy pracowałem w banku. Szybko zorientowałem się, że to droga nie dla mnie. No i postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej.

KM: Dobra decyzja! A tak nawiasem mówiąc, Twój głos można usłyszeć nie tylko w radiu, na scenie, ale i w audiobookach, prawda?
LM: Tak, zdarza mi się od czasu do czasu. Ostatnio – w czerwcu – nagrałem nową książkę pochodzącego z Opola Macieja Siembiedy „444”.

KM: „Uprawiasz” zarówno aktorstwo teatralne, filmowe jak i serialowe. Czym różnią się od siebie te rodzaje aktorstwa i które odpowiada Ci najbardziej?
LM: Wolę aktorstwo teatralne. W teatrze zawsze możesz dłużej „podłubać” w roli. W serialu dostajesz tekst, nawet nie wiesz do końca w czym uczestniczysz, tylko po prostu odgrywasz pewną wymyśloną przez reżysera sytuację, w filmie masz swoją rolę wyjaśnioną od początku do końca. W serialu tak naprawdę nie ma możliwości grania, byle tylko coś w miarę prawdziwie powiedzieć i to wystarcza. Najgłębiej w rolę wchodzi się w teatrze. To jest najważniejsza część zawodu aktorskiego, podstawa.

KM: Aktorzy teatralni zazwyczaj wstydzą się grania w serialach albo w reklamach, Ty nie masz z tym problemu.
LM: Nie, uprawiam wolny zawód. Co jakiś czas nagrywam jakąś reklamę, co jakiś czas biegnę do serialu, a co jakiś czas dostaję jakąś role w filmie albo siedzę w radiu – staram się sprawdzać na różnych frontach.

KM: Do tego oczywiście teatr, zajęcia na uczelni, nagrania – sporo tego. Jak znajdujesz na to wszystko czas?
LM: Do tego mamy jeszcze taką „szkółkę niedzielną” w teatrze zwaną Teatrownią, gdzie uczymy młodych ludzi. Plus rodzina! Wychowywanie dzieci oraz ich dzieci. [śmiech] To wychodzi samo, samo się jakoś układa. Może to kwestia dobrej organizacji czasu.

KM: Wiem, że często aktorom zadaje się pytanie o ulubioną rolę i wiem, że zazwyczaj trudno wybrać jedną – zapytam Cię więc o Twoje ulubione role, bo pewnie jest ich kilka.
LM: Mam taką jedną! Nigdy tej roli nie zagrałem, a we wszystkich spektaklach, które widziałem, zawsze była źle poprowadzona. To rola Nicka w „Kto się boi Virginii Wolf” Tennessee Williamsa. Zawsze chciałem zagrać tego boksera Nicka, bo zawsze wiedziałem, na czym polega ta rola. I nigdy tej roli nie dostałem. [śmiech] A teraz jestem już za stary na tę rolę. A z tych, które grałem? Bardzo dobrze wspominam Kaziuka w „Matce Joannie od Aniołów”, Żyda Mosiejkę w „Sali nr 6”, Baala w spektaklu w reżyserii Marka Fiedora, Agamemnona/Achillesa w „Ifigenii w Aulidzie”. No i Kordian – lubiłem ostatnią scenę, kiedy byłem prowadzony na śmierć…

KM: Jak się grało w słynnym brytyjskim teatrze The Globe? Czułeś ducha Szekspira spacerującego w tych murach?
LM: To ciekawe, bo jesteśmy jedynym teatrem z Polski, który tam występował. To było dość niebywałe. Zagraliśmy „Makbeta”. Mam wrażenie, że się podobało. A duch Szekspira? Czułem raczej ducha jakiegoś szaleństwa, które się z całym tym wydarzeniem łączyło.

KM: Zostawmy na chwilę teatr. Jesteś w Opolu tzw. „elementem napływowym”, ale przez tyle lat zdążyłeś się już tu zadomowić. Lubisz Opole? Masz tu swoje ulubione miejsca?
LM: Tak, lubię Opole. Lubię centrum miasta, jest coś takiego magicznego w nim (ale niekoniecznie rynek), lubię bulwary nadodrzańskie, magiczna jest Pasieka, na której się teraz znajdujemy, no i wyspę Bolko – bardzo przyjemne miejsce.

KM: Ale wiem, że lubisz też podróże…
LM: Jeżeli chodzi o Europę, to lubię Włochy. Nie tylko z racji tego, że mam tam rodzinę, ale dlatego, że tam się na każdym kroku na co dzień styka z historią, kocham Rzym. Lubię Hiszpanię, szczególnie Barcelonę, może dlatego, że jestem wyczulony na architekturę miasta. Barcelona spełnia moje estetyczne wymagania związane z pewną funkcjonalnością miasta i życia tam, i pięknem, które musi prezentować, żeby dobrze się tam czuć. Lubię atmosferę Hiszpanii i ludzi.

KM: Nie kusi Cię czasem, żeby przeprowadzić się do któregoś z tych wspaniałych miejsc?
LM: Może na starość zamieszkam na jakiejś wyspie, czemu nie. [śmiech]

KM: Jakie są Twoje pozostałe pasje, poza aktorstwem i podróżami?
LM: Lubię sport, lubię czytać. Interesuję się polityką, ale nie aktywnie. Polityka to jest temat, który powoduje zawał serca.

KM: Ponoć jesteś niepoprawnym optymistą – jak Ci się udaje zachować ten optymizm w niełatwych i skomplikowanych czasach?
LM: No bo co nam innego pozostaje niż wiara, że może być lepiej? I nieprawdą jest, że jest coraz gorzej – jak to wszyscy mówią. Szkoda, że pamięć ludzka jest tak zawodna i nikt nie pamięta tego jak było np. 25 lat temu w tym kraju. I naprawdę powinniśmy być, jako naród, dumni z tego, ile przez ten czas tu zmieniliśmy. Dopóki polityka nie zaczyna ingerować we wszystko dookoła, to jest dobrze. Miejmy nadzieję, że zdrowy rozsądek w Polakach zwycięży.

KM: Twoja żona [Beata Wnęk-Malec – przyp.: KM] także jest aktorką. Jak się żyje dwojgu aktorom pod jednym dachem? W dodatku pracującym na co dzień w tym samym teatrze.
LM: Na szczęście my nie myślimy i nie rozmawiamy cały czas o teatrze. Mamy tyle różnych rodzinnych spraw na głowie, że nie żyjemy tylko pracą. Poza tym my cały czas coś robimy, jesteśmy w ruchu, nie mamy czasu na narzekanie!

KM: Wyczytałem kiedyś w NTO: „Wszyscy podziwiają Beatę i Leszka Malców – aktorski związek idealny. On remontuje, kładzie kafelki, czyści do błysku podłogi i co trzy tygodnie myje okna. Ona w czterogodzinnej przerwie między codziennymi próbami podaje mężowi i synom trzydaniowe obiady.”
LM: To był dawny wywiad, okna teraz myję raz na miesiąc. [śmiech] Ale lubię porządek, lubię sprzątać, jestem estetą i bardzo lubię jak coś jest czyste. Nadal gotujemy obiady, ale już dwudaniowe. Zupa musi być. Zacząłem częściej gotować. Beata wzięła na siebie tyle obowiązków, że teraz ja więcej czasu spędzam w kuchni. Synowi smakuje. Ale teraz najważniejsze i najlepsze jest to, że jestem ukochanym dziadkiem swojej wnuczki.

KM: Powiedziałeś kiedyś: „nie zamierzam do końca życia uprawiać tego zawodu” – czy to znaczy, że masz już jakieś inne zawodowe plany na przyszłość?
LM: Aktorem i tak się jest do końca życia. Ale uprawiać tego zawodu do końca życia chyba bym nie chciał. Mnie się wydaje, że kiedy ma się siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat i więcej, to sprawia się kolegom na scenie więcej kłopotu niż satysfakcji. W pewnym momencie trzeba odejść i odpocząć. A wtedy może skupić się na radiu, może napisać książkę, a może zostać reżyserem na te ostatnie „pięć minut” swojego życia. Albo namalować obraz. Lub zająć się ogródkiem. Nie wiem. Możliwości jest dużo.

KM: Dziękuję za rozmowę i życzę jeszcze wielu sukcesów w każdej dziedzinie życia i w realizacji przyszłych planów.
LM: Bardzo dziękuję.

LESZEK MALEC – aktor Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu.
Przebieg kariery aktorskiej:
www.e-teatr.pl/pl/osoby/5711,karierateatr.html#start


   



"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska