Nr 1/2018 (LXII) ISSN 2083-7321




Krystyna Pawłowska
Dział Bibliografii, Informacji i Promocji WBP w Opolu

„To jest praca dla kogoś kto żyje literaturą, jest w jej środku i jest nią cały przesiąknięty” – rozmowa z Witoldem Sułkiem, opolskim księgarzem, poetą , filozofem.



Witold Sułek (zdjęcie z archiwum prywatnego)

Krystyna Pawłowska: Księgarz to zawód, powołanie, misja? Jak Pan to widzi po 30 latach pracy?
Witold Sułek: Nie lubię wzniosłych słów. Zawód na pewno, przy czym to rzeczywiście musi być nazwa księgarz, a nie sprzedawca. Sprzedawca może sprzedawać wszystko, natomiast słowo księgarz określa dość jasno specjalizację tej profesji i konieczność posiadania wiedzy na temat literatury. To może dzisiaj wydawać się dość dziwne. W momencie, kiedy książki można nabyć w marketach. Nie mniej jednak, należę do pokolenia, dla którego praca w księgarni wymaga ciągłego podnoszenia swoich kwalifikacji, czytania nie tylko książek, ale tekstów krytycznych, recenzji, uczestniczenia w życiu literackim, targach, spotkaniach autorskich itd.

K.P.: O Opolu w rozmowie z Piotrem Zapotocznym (Gazeta Wyborcza dod. Opole, 2015) powiedział Pan: „To nie jest miasto dla starych książek”. Jakie są Pana refleksje dzisiaj na temat rynku księgarskiego i antykwarycznego?
W.S.: Dopóki są ludzie, którzy czytają to również dla księgarń i antykwariatów jest miejsce, ale jest to dzisiaj bardziej zajęcie przypominające hobby, trudno jest się z tego utrzymać, a przytoczony tytuł można też odczytać tak, że w literaturze, podobnie jak w szeroko pojętej kulturze liczy się coraz bardziej nowość, tak zwana topka, książka z wystawy i jej żywotność jest coraz mniejsza. Owszem, co jakiś czas są głośne wznowienia, czy nowe przekłady, jak w przypadku Dostojewskiego czy Don Kichota, jednak wiele głośnych książek sprzed roku już nie wróci do obiegu. Dla małych księgarni konkurencją nie do przeskoczenia są ogromne sieciówki, które przyciągają klientów głównie bestsellerami w promocyjnych cenach, prowadzą równolegle sprzedaż internetową, ponoszą koszty drogich akcji reklamowych w radiu i telewizji i które, chociaż wydaje się, że to dobrze, że stać ich na promowanie w ten sposób książek, przyczyniają się do sytuacji jaką opisałem przed chwilą, tego kreowania nowości i hitów, nierzadko w ogóle na to miano nie zasługujących.
Jeśli chodzi o antykwariaty opolskie to właściwie można powiedzieć, że ich nie ma. Tym bardziej, że do świadomości większości ludzi docierają tylko tytuły, które są na szeroką skalę reklamowane w mediach. Jest kilka powszechnie znanych wydawnictw jak Literackie, Czarne, Znak, Albatros, Sonia Draga. Z historycznych: Bellona, PWN, Universitas, które reklamują się także samodzielnie w mediach społecznościowych. Natomiast cała reszta dla szerokiego odbiorcy nie istnieje. O poezji już w ogóle możemy mówić w kategorii bardzo niszowej. Gatunek poczytny to reportaż (głównie dzięki Wydawnictwu Czarne) i biografia. Myślę, że może to wynikać z tego, iż nie każdy lubi fikcję, a ludzie chyba lubią i potrzebują prawdziwych historii.. Opolski rynek jest o tyle trudny, że tutaj w asortymencie trzeba mieć wszystko. Nawet słabą literaturę [śmiech].

K.P.: Dzisiejszy klient – czytelnik kim jest?
W.S.: Chciałbym, żeby to dobrze zabrzmiało. Uważam, że w każdym pokoleniu na szczęście są ludzie niepokorni, myślący, mądrzy, którzy idą na przekór, nie ulegają łatwym modom. I moim zdaniem to są dzisiaj w większości czytelnicy. Ci, którym o coś jeszcze chodzi i chcą się czegoś dowiedzieć. Potrafią docenić czyjąś pracę i dorobek. Dla nich też warto prowadzić antykwariat i te stare książki z poprzedniego pytania mieć w ofercie. Oni do nich dotrą, a jak nie sami, to dzięki księgarzowi - antykwariuszowi.

K.P.: Jak by Pan opisał zjawisko „więzi księgarz – klient”? Co to takiego?
W.S.: W niektórych przypadkach jest to relacja autentyczna w innych - mit. W dużym biznesie nie ma możliwości wejścia w bliższą relację, dobrego poznania się. Dla małych, kameralnych księgarń jest to natomiast rzecz powszednia, a przynajmniej powinna być (znam bowiem jedną Panią z Mokotowa, u której po dwóch wizytach nie ma się ochoty na kolejne, bo czujesz się jak intruz). Na swoim przykładzie, na przestrzeni tych niespełna jeszcze 30 lat pracy [śmiech] powiem tak: mam takich klientów, z którymi się zaprzyjaźniłem i to trwa. Czasem zaczynam z kimś rozmawiać, coś zaskoczy i buduje się więź „czytaczy”. Ważne, aby takiej osobie umieć podpowiedzieć, podsunąć, zaciekawić literaturą. Przy czym należy bardzo ostrożnie podchodzić do kwestii własnego gustu, aby na siłę nie promować tego, co mi jako Witkowi się podoba i co moim zdaniem, nawet jako księgarza warto mieć na półce. Było też wielu, którzy z pojawieniem się wielkich sieci księgarskich zwyczajnie odeszli, skuszeni rabatami (wiem, bo kilkoro miało odwagę, spotykając mnie na ulicy przyznać to wprost i w pewnym sensie rozumiem). Dlatego uważam, że sympatyczny oraz kompetentny księgarz i tak jest na straconej pozycji wobec marketingowej machiny i strategii biznesu. Nie ma sentymentów, kiedy w grę wchodzą pieniądze, chociaż są wyjątki i nie zawsze pieniądze decydują.

K.P.: Był Pan jednym z prelegentów VII Forum Środowisk Literackich w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w 2016 roku. Rozmowa dotyczyła zagadnienia literatury wobec wartości. Pan posługując się metaforą, określił je jako „odżywcze”, wobec tego literatura ma wartość jeśli „odżywia” czytelnika. Proszę wymienić kilku autorów „odżywczych” dla Pana.
W.S.: Tak, chodzi o wartości odżywcze dla ducha, rzecz jasna. W odbiorze literatury poza umysłowym, intelektualnym poznaniem ważne jest jej przepracowanie, przedyskutowanie z drugim człowiekiem. „Pochodzenie” jakiś czas z nurtującym mnie jako czytelnika tematem. Przeżycie jej. Nie o rankingi typu, ile przeciętny Polak przeczytał w danym roku, tu chodzi. Dla mnie „literatura odżywcza” to na pewno Lalka Prusa i postać Wokulskiego, bohater Bez dogmatu Sienkiewicza, generalnie niejednoznaczne i skomplikowane kreacje literackie jak chociażby w Kompleksie Portnoya Philipa Rotha czy Malowanym ptaku Jerzego Kosińskiego, czy Biesach. Wskazują na jednoczesną obecność dobra i zła w każdym z nas. Bo nie jesteśmy przecież zerojedynkowi, albo czarni albo biali. Często wracam do wielu książek z młodości i dzisiaj odbieram je zupełnie inaczej. Na przykład Pani Bovary. Dziś określiłbym tę powieść mianem wybitnej. Jako nastolatek kompletnie nie rozumiałem Emmy Bovary, wydawała mi się egzaltowana, niestabilna. Wręcz głupia. Pełniej rozumieć literaturę pomaga też wiedza historycznoliteracka, świadomość języka dzieła, osadzenie w kulturze. Wtedy wszystkie elementy składowe stają się kompatybilne ze sobą. Jednak najlepiej, kiedy ma się przyjaciół, z którymi można o książce porozmawiać – dlatego ucieszyła mnie wiadomość sprzed kilku lat, że w bibliotekach powstały kluby dyskusyjne.

K.P.: Również podczas Forum powiedział Pan „w swojej twórczości do niczego nie doszedłem”. To trochę jak buddyjskie traktowanie ciągłego bycia w drodze, samorozwoju jako celu. Utożsamia się Pan z taką koncepcję z perspektywy autora-twórcy?
W.S.: Chodzi o to, że nigdy poprzez twórczość czy w twórczości nie doszedłem do przekonania czy absolutnej pewności o czymś. Wiersze są odzwierciedleniem tego stanu. Nieco inaczej jest w opowiadaniach, bo w nich wchodzę i opisuję bohaterów mi obcych – trochę jakbym chciał zrozumieć innego człowieka, a nie siebie, jak to ma miejsce w poezji. Tworzenie jest poszukiwaniem, to jest wynik stawianych przeze mnie pytań i odpowiedzi na nie. W twórczości poetyckiej określiłbym to jako reakcję mojego wnętrza na zewnętrze. Jest to wieczny konflikt wyobrażeń i emocji z rzeczami i sytuacjami, na które nie mam wpływu. W prozie, obserwuję swojego niby bohatera, ale on często mnie zaskakuje, bo jako nie-ja wymyka mi się, buntuje, żyje własnym życiem. To są poniekąd banały, ale i odwieczne dręczące pytania, na które ludzie próbują znaleźć odpowiedź przy pomocy różnych narzędzi, a ja za pomocą pisania.

K.P.: W 2012 wydał Pan tomik Plantacja? Czy będą kolejne?
W.S.: Materiał (zarówno poezja jak i proza) jest. Kłopotem tak naprawdę jest znalezienie wydawcy. Obecnie dużo więcej czasu poświęcam opowiadaniom bo lubię odmianę [śmiech]. Wiersze staram się publikować w różnych pismach. Kiedyś w Red. i Stronach, teraz na przykład w Helikopterze, który prowadzi świetny poeta Krzysztof Śliwka.

K.P.: Czy rozdział aktorsko-teatralny w Pana życiu trwa nadal?
W.S.: Od paru lat już w teatrze Fieter nie gram. Nie zostałem z niego wyrzucony ani usunięty, wycofałem się sam. Wystąpiłem gościnnie parę razy i jeżeli zdarzy się okazja, że będę mógł w czymś jeszcze zagrać to pewnie zagram, bo jednak lubię uczucie bycia na scenie. Na szczęście potrzebne są w spektaklach również nieduże role i dla facetów w wieku dojrzałym. Teatr ciągle działa w Domu Kultury w Ozimku, bo jego twórcą i mózgiem jest Robert Konowalik. W zamyśle powstał jako teatr autorski i niszowy, i takim pozostał, i będzie istniał dopóki Robert będzie chciał lub mógł.

K.P.: Na koniec poproszę o godne polecenia tytuły na przykład na nadchodzące święta.
W.S.: To może takie radosne trio [śmiech]: Pi razy drzwi: szkice o liczeniu, myśleniu i istnieniu. To książka o matematyce, na której znam się słabo, ale która jednocześnie zawsze mnie fascynowała. Autor dobrze i ciekawie omawia tę dziedzinę z historycznego punktu widzenia a jednocześnie bardzo życiowo i praktycznie. Krótki przewodnik po życiu księdza Tischnera, bo potrzeba głosu rozważnego, potrafiącego rozumieć i dialogować z każdym, w dzisiejszych czasach. A dla amatorów poezji i Opola obowiązkowo, bardzo dobra książka opolanina z Kępna, Bartosza Suwińskiego, Po tej stronie rzeki. Szkice o poetach znad Odry.

K.P.: Serdecznie dziękuję za rozmowę.


   



"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska