Nr 3/2019 (LXIII) ISSN 2083-7321




Łukasz Brudnik
Dział Instrukcyjno-Metodyczny WBP w Opolu


Jedyną rzeczą, na której się skupiam w trakcie pisania, jest to, żeby napisać najlepszą książkę
(rozmowa z Robertem M. Wegnerem)



Łukasz Brudnik: Podobnie jak Andrzej Sapkowski udowodnił pan, że w Polsce można pisać fantasy na światowym poziomie. Świadomość odniesionego sukcesu paraliżuje czy mobilizuje przy pisaniu kolejnych książek?
Robert. M. Wegner: Muszę powiedzieć, że nie rozpatruję w tej chwili swojego pisania i nigdy nie rozpatrywałem przez porównywanie się do innych autorów. Cieszę się ze swoich sukcesów, ale nie myślę o nich bez przerwy i nie analizuję ich pod kątem tego, czy uda się je powtórzyć czy się nie uda. Jedyną rzeczą, na której się skupiam w trakcie pisania, jest to, żeby napisać najlepszą książkę, najlepszą historię, jaką mogę w danym momencie stworzyć. I to jest podstawa.

Ł. B.: Ile czasu musiał pan poświęcić na przygotowanie się do pisania tak złożonego świata jak Meekhan?
R. M. W.: Jeżeli powiem, że całe życie od momentu, kiedy nauczyłem się czytać, to będzie z jednej strony troszeczkę banalne, ale z drugiej będzie absolutną prawdą. Wydaje mi się, że w mojej twórczości zawsze odzywają się echa tego, co czytałem w wieku lat dziesięciu, piętnastu, dwudziestu. Jakieś historie, jakieś motywy z którymi spotkałem się i których nawet nie pamiętam dokładnie, ale mogą się pojawić w czasie tworzenia. Wszyscy autorzy, których czytałem przez całe swoje dotychczasowe życie, coś we mnie zostawili. Teraz ja to oddaję w swoich własnych historiach.

Ł. B.: Czy od samego początku wiedział pan, że świat Meekhanu to dobry materiał na cykl?
R. M. W.: Miałem taką nadzieję. Jest wielu autorów fantasy, którzy zaczynając tworzyć mają już w głowie cały cykl a większość z nich, właściwie każdy chciałby, żeby czytelnicy powiedzieli „dawaj jeszcze, chcemy kolejnych historii z twojego świata, chcemy kolejnych historii o tych bohaterach”, bo to jest miarą sukcesu autora piszącego rozrywkową, przygodową fantastykę. Sam miałem nadzieję, że uda mi się napisać coś dużego. Miałem też świadomość, że to może się nie udać, że cykl mnie przerośnie, że w pewnym momencie będę musiał przerwać, bo nie złapię czytelników za serca, nie nawiążę z nimi kontaktu. Ta świadomość była mobilizująca i nadal zresztą jest. Myślę, że to dobrze to działa na autora, jeżeli ma pełną świadomość własnych ograniczeń. Nie pozwala, by nadmierna pewność siebie wzięła górę nad rozsądkiem.

Ł. B.: W jaki sposób panuje pan nad swoim światem, że w ogóle się w nim nie gubi?
R. M. W.: Mam go w głowie. Cały. Z przeszłością i kawałkiem przyszłości. Pracuję nad nim bardzo długo. Pierwsze opowiadania z tego świata powstały dobrze ponad trzydzieści lat temu. Pierwsze historie wymyślałem jeszcze w szkole podstawowej i w szkole średniej. Oczywiście nie pracuję nad nim cały czas. Miałem kilkuletnie przerwy, kiedy zajmowałem się innymi rzeczami, tak zwanym życiem, dorastaniem, pracą, układaniem sobie przyszłości. Zawsze jednak wracałem do tego świata i łatwo odnajdowałem się w nim nawet po wielu latach przerwy, więc mam wrażenie, że to wprawa działa w ten sposób, że się w nim nie gubię.

Ł. B.: Co sprawia panu najwięcej problemów przy pisaniu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”?
R. M. W.: Opisy strojów i kolorów. Jestem przeciętnym facetem, rozpoznaję trzy kolory podstawowe i nic więcej. Jak chcę napisać jakąś scenę i nie powtarzać, że coś było jasnoczerwone, a tamto było ciemnoczerwone, a to było po prostu czerwone, to muszę sięgać do internetu po paletę barw. To samo dotyczy ubiorów. Jeżeli chcę napisać coś bardziej rozbuchanego estetycznie, to też muszę się posiłkować wiedzą zewnętrzną. Moda nigdy nie była moim konikiem. Natomiast cała reszta chyba w miarę dobrze na razie mi wychodzi.

Ł. B.: Sceny batalistyczne też?
R. M. W.: Z tym nigdy nie miałem problemu. To znaczy nie nigdy, bo uczyłem się tego długo i nadal się uczę i staram się, żeby one były w miarę realistyczne z punktu widzenia strategii i taktyki, ale też, by pokazać, jak wyglądają emocje, uczucia bezpośrednich uczestników danego wydarzenia, danej bitwy. Żeby pokazać scenę batalistyczną na różnych poziomach. Nadal pisze mi się to całkiem fajnie i dopóki się dobrze bawię, nie wiem czy to właściwe słowo, ale dopóki nie sprawia mi to jakiegoś większego problemu, to się po prostu cieszę, że batalistyka dość dobrze mi wychodzi.

Ł. B.: Czytając pański cykl odniosłem wrażenie, że inspiracją dla Meekhanu było Cesarstwo Rzymskie. To zbieg okoliczności czy może historia jest dla pana ważnym źródłem w poszukiwaniu pomysłów?
R. M. W.: Już parę razy to powtarzałem przy różnych okazjach. Jestem Europejczykiem wychowanym w kulturze, która mocno czerpie z kultury antycznej, greckiej, rzymskiej, więc właściwie na jakim cesarstwie miałbym się wzorować? Gdybym pochodził z Chin, zapewne wzorowałbym się na wczesnym cesarstwie chińskim albo na którymś z królestw z epoki walczących królestw. Gdybym pochodził z Japonii, to Cesarstwo Japońskie i epoka szoguna byłyby dla mnie wzorem wręcz idealnym. Myślę, że Cesarstwo Rzymskie jest świetnym przykładem, ponieważ się sprawdziło. I to przez setki lat. To był jeden z nielicznych w historii świata przykładów tak wielkiego organizmu państwowego, który istniał przez wiele pokoleń. Narzucił swą wizję kultury, polityki, religii połowie kontynentu i przez długie lata większość jego obywateli była zadowolona z tego, że w nim żyje. Z ich punktu widzenia było to niemal państwo idealne.

Ł. B.: Premiera najnowszej pana powieści „Każde martwe marzenie” była kilkakrotnie przekładana? Skąd ta zwłoka?
R. M. W.: To się akurat wzięło z tego, że miałem pomysł, jak napisać oraz jak poprawić tę książkę i wydawało mi się, że zajmie mi to trzy, cztery tygodnie. Zajęło pół roku. Miałem wątpliwości w pewnym momencie, czy się w to bawić czy nie rzucić i nie puścić tej historii w pierwotnej formie, ale chyba nie mógłbym sobie darować ponieważ mam świadomość, że ta historia jest lepsza, po wprowadzeniu kilku zmian. One nie były w gruncie rzeczy duże, ale kontrola nad tymi zmianami wymagała przerobienia ponad pół miliona znaków i sprawdzania, czy czegoś nie pominęliśmy. Nawet na etapie ostatniej korekty znajdowałem jeszcze pojedyncze sformułowania, które wymagały poprawy. Było to bardzo pracochłonne. Mam nadzieje, że nigdy więcej mi się to nie zdarzy.

Ł. B.: Pana twórczość została dobrze przyjęta w Rosji. Tłumaczony był pan również w Czechach, a ostatnio na Ukrainie. Czy jest szansa, że w niedalekiej przyszłości Meekhan pojawi się w krajach zachodnich?
R. M. W.: Wiem na pewno, że mój wydawca nad tym pracuje. Natomiast bądźmy szczerzy, bardzo trudno jest się przebić polskiemu autorowi na rynku anglojęzycznym, jeżeli nie ma wielkich sukcesów w innych miejscach. Mam nadzieję, że za jakiś czas, kiedyś, w końcu, się uda.

Ł. B.: W ramach „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” powstaną jeszcze co najmniej trzy tomy. Ma pan już pomysł na zakończenie cyklu czy ta kwestia ciągle pozostaje otwarta?
R. M. W.: W momencie gdy zaczynałem cykl, wiedziałem, jak się skończy. Wiedziałem, do czego chcę doprowadzić, jaką historię opowiedzieć. Ten pomysł jest aktualny cały czas. Natomiast jest jeszcze kawał drogi, żeby to wszystko zamknąć. Sporo historii do opowiedzenia, sporo tajemnic które muszę ujawnić. Moich bohaterów czeka mnóstwo przygód, trudnych decyzji, czasami cierpienia, jak to w świecie, który przechodzi znaczne metamorfozy. Jeszcze trochę tego będzie przed nami.

Ł. B.: Dziękuję bardzo za rozmowę.
R. M. W.: Ja również dziękuję.

Robert M. Wegner - polski pisarz fantasy, autor niezwykle popularnego w ostatnich latach cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”. Laureat wielu prestiżowych nagród, w tym pięciokrotnie Nagrody im. Janusza A. Zajdla (dwa razy w kategorii powieść i trzy raz w kategorii opowiadanie). Jego książki tłumaczone były na język czeski, rosyjski oraz ukraiński.


   



"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska