Nr 3/2019 (LXIII) ISSN 2083-7321




Joanna Ćwiek
MiGBP w Głuchołazach

Nagrodzone prace w konkursie „Książka relikt w przyszłości”


W tym roku nasza biblioteka obchodzi 70-lecie istnienia. Jest to dla nas szczególny czas, ponieważ właśnie w tym roku zostanie oddana do użytku nowo wybudowana siedziba. Po raz pierwszy po siedemdziesięciu latach wszystkie działy będą w jednym budynku. Jest to dla nas duże wydarzenie. Dlatego też w ramach Biesiady Czytelniczej ogłosiliśmy konkurs pod hasłem „Książka relikt w przyszłości”. W uzasadnieniu napisaliśmy, że nie wiemy, czym będzie książka za pięćdziesiąt lat. Czy w natłoku nowych form przekazu ta forma opowiadania historii będzie wciąż aktualna i dostępna. Zachęciliśmy czytelników do udziału w zabawie i przedstawienia swojej historii, w której ważną rolę odgrywa książka i czytanie. Komisja w składzie: Janina Mudyna, Danuta Biernat i Jakub Ćwiek wyłoniła 3 prace. Pierwsze miejsce ex aequo zajęli Bronisława Czarny i Kajetan Poniatyszyn, a drugie miejsce przyznano Ilonie Smolce. Dodatkową nagrodą dla uczestników konkursu jest umieszczenie prac w kapsule czasu, która będzie zakopana pod progiem wybudowanej biblioteki w dniu jej otwarcia.


Laureaci konkursu w towarzystwie komisji konkursowej (fot. Archiwum biblioteki)

Poniżej nagrodzone prace.

Ilona Smolca

Dlaczego warto czytać książki?

Tytuł, choć nie powala i nie zachwyca oryginalnością ani nie zalicza się do amerykańskich brukowców, ani nie jest w stylu „klękajcie narody”! Natomiast zawiera w sobie pewne fundamentalne pytanie o niemalże Sokratejskim charakterze. Po co czytać , skoro nie odnosimy z tego żadnych materialnych korzyści? Czym w ogóle jest książka i co w sobie zawiera poza niezliczoną liczbą słów? Czy książka, a w zasadzie jej zawartość, w jakikolwiek sposób pomoże nam podjąć kluczowe decyzje w swoim życiu lub rozwieje wszelkie dylematy natury filozoficznej? Odpowiedzi na pewno nie będą widnieć czarno na białym i nie będą napisane w formie oczywistych aksjomatów. I to jest pierwsza rzecz, którą tak lubię i cenię sobie najbardziej: wolność w interpretacji i odnoszenie treści do własnego życia. W jednej chwili to właśnie MY możemy stać się bohaterami opowieści i podjąć się próby kreowania, zmiany lokalnej rzeczywistości, a nawet świata.

Będąc małym „łebkiem”, który czerpał wzorce z bajek Disneya i za wszelką cenę próbował upodobnić się do bohaterów (nawet jeżeli był to Kerczak z Tarzana), odnajdywałam swój świat w literaturze fantastycznej. W wieku siedmiu lat zaczęłam czytać serię Miecz Prawdy Terrego Goodkinda, która za każdym razem przenosiła mnie w świat, którym rządziła magia. Rzeczywistość wykreowana przez Goodkinda pozwoliła mi spojrzeć na obecną dobę zupełnie innymi oczyma, mnożąc wyobraźnię przez realizm, osiągnęła poziom spektakularnej wiarygodności. Oczywiście poza możliwością oderwania się od tej szarej prozy codzienności, która, parafrazując Poetę z Wesela Wyspiańskiego włazi w usta, uszy, oczy.

Czytający wynosi lekcję,którą próbuje przełożyć na życie codzienne. Lekcja, którą wówczas wyniosłam, dotyczyła kłamstwa i kluczowego znaczenia, jakie odgrywa. Otóż nawet ludzie racjonalni mogą wierzyć w kłamstwa. Wyjaśnienie jest na pozór proste: wierzymy w kłamstwa, bo albo chcemy, żeby były prawdą, albo obawiamy się, że to może być prawda. Jako małe dziecko nie byłam w stanie tego zrozumieć w tak filozoficznym znaczeniu, moje dziecięce oko bardziej przyciągnęły smoki i walka między dobrem a złem.

Potem były jeszcze inne klasyki z tego kanonu, jak: Hobbit, Władca Pierścieni, Wiedźmin, które towarzyszą mi po dzień dzisiejszy. Dzięki powyższym tytułom wiem,że niewiedza nie usprawiedliwia nieprzemyślanych działań, że szpetne są tylko blizny na honorze, a dzisiejsze czasy możemy poznać po tym, jaki występuje w nich Szewczyk Dratewka. Nie tylko literatura fantastyczna szła ze mną ramię w ramię przez całe dzieciństwo, kluczem do otworzenia skrytki pełnej radości były również Dzieci z Bullerbyn oraz Przyjaciel Wesołego Diabła, sławna Piszczałka Kornela Makuszyńskiego.

Kiedy oglądałam razem z babcią film, zawsze bałam się tego włochatego „skurczybyka”, który wyglądał diametralnie inaczej niż wyobrażenie, jakie wykreowałam za pomocą nieznającej granic dziecięcej wyobraźni. Dlatego, moi mili, lepiej pierw przeczytać książkę, a potem brać się za film, który można potem skonfrontować. Prawdziwy pojedynek wyobraźni wytworzonej i narzuconej – pierwsza nie zna granic, a druga jest próbą mimetycznego odzwierciedlenia zamysłu autora i przedstawienia jego punktu widzenia.

Zdecydowanie wolę bardziej tę pierwszą opcję, ponieważ wysilam się nie tylko intelektualnie, ale również pobudzam kreatywność i rozszerzam horyzonty zainteresowań.

W trakcie dorastania zaczęłam sięgać po poważniejszą i trudniejszą literaturę. W gimnazjum kazali nam czytać Syzyfowe prace Stefana Żeromskiego, których nie byłam w stanie wtedy zrozumieć, a sam Żeromski zbrzydł mi na tyle, że obiecałam sobie, że nigdy więcej po niego nie sięgnę. Na obietnicach się skończyło, ponieważ rozpoczynając naukę w liceum, natrafiłam na nauczycielkę, która spotęgowała moje zamiłowanie do literatury, ukazując jej aspekty, o których nie miałam bladego pojęcia. Od tamtej pory potrafię wyczytać wszystkie hermetyczne treści, które jeszcze niedawno wydawały mi się szczelnie zamknięte i niedostępne.

Wracając do Żeromskiego, który stał się trajektorią mojej pasji i efektem ciągłych zainteresowań, to właśnie jego wybrałam sobie za cel mojej badawczej ekspedycji po literaturze. A wszystko zaczęło się od Przedwiośnia i rewolucji w Baku,która pokazała mechanizmy, jakie zachodzą w głowach ludzi podczas gwałtownych zmian społecznych. Od Wiernej Rzeki, po opowiadania, kończąc na Popiołach, powiem, że podoba mi się rola Stefana Żeromskiego, który kreuje się na sumienie narodu, przedstawiając jego dzieje i decyzje Polaków. Posługuje się językiem literackim, tak obfitującym w różnorodność epitetów i poetyckich porównań, że wyobraźnia łamie wszelkie prawa i podważa fizyczną wiarygodność. Gdybym urodziła się w rocznicę powstania styczniowego, Żeromski z pewnością byłby moim facetem.

Encyklopedycznie rzecz biorąc, literatura spełnia cztery funkcje. Estetyczną, ponieważ dostarcza czytelnikowi piękna i zapoznaje z odbiorem przyrody, która często koresponduje z ludzkimi emocjami. Wychowawczą, ponieważ przekazuje postawy godne naśladowania, jak heroizm, bohaterstwo, szlachetność, piękno, mądrość i dobro, jak w przypadku platońskiego modelu kalos kagathos. Ludyczną, która ma za zadanie dostarczyć beztroską zabawę i zabrać w krainę marzeń, odwiecznych pragnień, odznaczającą się innością wobec obecnej rzeczywistości. Ekspresywną, która ujawni stosunek wobec świata i zmiękczy najtwardsze serce, czego skutkiem będzie uronienie łzy.

Tak jak piszę, to wszystko są funkcje encyklopedyczne, o charakterze oświeceniowym, które mogą się kłócić z naszymi oczekiwaniami. Niektórzy będą sięgać po literaturę dla zabicia czasu, inni dla poszukiwania prawdy, ugaszenia wiecznego pragnienia wiedzy, a jeszcze inni, bo najzwyczajniej w świecie muszą.

W dzisiejszym świecie książka jest postrzegana jako relikt przyszłości i osobiście uważam, że jest to niestety prawda. Nie chodzi nawet o to, że ludzie nie czytają, ale jest wypychana przez wersje elektroniczne. Mimo wszystko zawsze będzie mi bliższa tradycyjna forma, ta pełna liter, oprawiona w starą skórę lub papierową teksturę, której kartki żółte, wyblakłe od niezatrzymującego się ekspresu czasu wciąż śmierdzą kredą. Bardziej pasuje mi ta forma, ponieważ czuję autentyczność i historię, wolność w interpretacji, bez żadnych tandetnych opracowań z Bryk czy z Grega, od których wieje sztywną tandetą i zerową kreatywnością. Nigdy nie wezmę Jądra Ciemności z opracowaniem, ponieważ moja wyobraźnia i spostrzegawczość jest na tyle wypracowana, że nie potrzebuję smętnych wyjaśnień opisów przyrody i zamysłów bohaterów. Czymże jest poznawanie fabuły, jeżeli zna się jej koniec i sztucznie wykreowaną problematykę? Zaledwie prochem i niczem. Podróż w otchłań jądra ciemności wraz z Kurtzem i możność zobaczenia, co w człowieku może spowodować zło, jest jak zwierciadło, które przechadza się po gościńcu.

Ludzie mogą mnie upokorzyć, odebrać poczucie własnej godności, obedrzeć z ubrań i wystawić na pośmiewisko, ale otwartego umysłu nie może mi zabrać nikt, ponieważ klucz mam tylko ja, a zdradziecki wytrych nie występuje w naszym świecie.

Dyrektor CK Jan Ćwiek wręcza nagrodę Ilonie Smolce (fot. Archiwum biblioteki)

Bronia Czarny

KSIĄŻKA - RELIKT W PRZYSZŁOŚCI

Głębokie pokłady ciszy w moim ogrodzie rozwiane tylko wiosennym śpiewem ptaków, przywołują wspomnienia. Kłębią się w podświadomości jak cumulusy gnane letnim wiatrem.

W takiej chwili biegnę myślami do Was moje kochane wnuki. Właśnie przed chwilą oglądałam Twoje zdjęcie Karolinko, jak stoisz w bibliotece przy wielkim regale z książkami.

Ty taka malutka. Masz dopiero cztery lata. Widziałam, jak wybierasz książki. Jak oglądasz je z każdej strony. Zaglądasz do środka, a wieczorami przed snem czytasz, chociaż jeszcze nie znasz liter.

A ty, Martynko, czytasz już sama. Wypożyczasz książki w szkolnej bibliotece i nie tylko, chociaż w domu masz niemały księgozbiór. Ciebie Wojtusiu widziałam z komiksami, ale o zwierzętach i komputerach, też masz wiele do powiedzenia.

Dominik – senior moich wnuków – zgłębia literaturę fachową. Wszystko, co dotyczy motoryzacji.

W tym momencie zastanawiam się, czy w przyszłości chętniej sięgniecie po książki multimedialne czy te tradycyjne, pisane na papierze. Bo musicie wiedzieć, moi kochani, że ja moje życie (a jest już dość długie) spędziłam z książką z krwi i kości. Pisaną na papierze, z obrazową okładką, kartkami połączonymi grzbietem i tajemniczym zapachem, innym dla każdego woluminu. W moim dzieciństwie nie było internetu. Jak sięgam pamięcią, czytałam małe książeczki z serii „Poczytaj mi mamo”, ale też czytałam Ballady i romanse naszego wielkiego wieszcza Adama Mickiewicza, przy których wylałam morze łez. Później sięgałam po różne książki, najchętniej podróżnicze i przygodowe. Dzięki nimi żyłam w wielu miejscach naraz. Bardzo lubiłam czytać w sadzie mojego domu rodzinnego, gdzie wiosną pachniały bzy, a jesienią brzemienne jabłonie zrzucały owoce. Latem kryłam się w cieniu wierzb płaczących. Tam z każdej strony wlewał się do uszu krzyk czajek. W długie zimowe wieczory czytałam przy lampie naftowej, czasem tak długo, aż całą naftę wyczytałam.

Innym rodzajem czytania były lektury szkolne, zwłaszcza te w liceum. Niekiedy trzeba było przeczytać taką lekturę dwa, a nawet trzy razy, bo profesor pytał o różne szczególiki, np. czym różniły się wąsy Longinusa od wąsów Wołodyjowskiego albo opisz Czartowy Jar.

Za dobre odpowiedzi zawsze chwalił, mówiąc: „Uczona panna”. Aby zasłużyć na to cenne Miano, trzeba było czytać bardzo uważnie i dokładnie.

Dzisiaj mogę sobie pozwolić na wielki luksus. Mogę wybierać, przebierać i czytać, co chcę, jak chcę i gdzie chcę.

W tym momencie, moje kochane wnuki, muszę wam powiedzieć, że przy naszej bibliotece w Głuchołazach istnieje Dyskusyjny Klub Książki, gdzie mamy dostęp do wielu nowości i jest w czym wybierać. A jak mówimy o książce, to traktujemy ją jak relikwię. Dotykamy, „wałkujemy”, rozbieramy, aby dotrzeć do sedna jej istoty. Mówimy o autorze, przytaczamy wspaniałe cytaty, polecamy sobie nawzajem dobre książki do przeczytania.

Na takich wieczornych spotkaniach czuje się moc książki, a na samą myśl, że wszystkiego przeczytać się nie da, ogarnia żal i jakaś nieokreślona, bezprzedmiotowa tęsknota, którą tylko Proust umiał opisać. W ramach DKK zapraszamy i spotykamy wielu wspaniałych poetów, literatów. Jednym słowem – ludzi książki. Pamiętam doskonale spotkanie z Olgą Tokarczuk i jej wielkie arcydzieło Księgi Jakubowe. Zawsze mile wspominam Grzegorczyka, Dehnela, Różyckiego i wielu innych, których mieliśmy okazję gościć w skromnych progach naszego urokliwego miasteczka.

Codziennie czytam i codziennie uświadamiam sobie, jak wiele mam do przeczytania.

W książkach odnajduję magiczne miejsca, czasem te, które znam z autopsji.

Nadal najczęściej czytam wieczorami i w czasie bezsennych nocy.

A kiedy sen zamyka powieki, zakładam książkę zakładką i śpią razem ze mną na nocnym stoliku.

Kiki i Mirti – zapewne pamiętacie moje zakładki stojące w szklanym flakonie.

Niewielka kolekcja. Nie taka jak Pani Leokadii z naszego Dyskusyjnego Klubu Książki.

Niektóre zakładki wybieram na szczególne okazje. Zakładką ze Świętym Pawłem, przywiezioną z Tarsu, zakładam Biblię (od kiedy założyłam ją kartą płatniczą i zapominając o niej, musiałam wyrobić nową). Te z Ziemi Świętej służą do ksiąg religijnych. Zakładki z DKK używane są do książek, nad którymi dyskutujemy. A te przywiezione z różnych krajów, używam w zależności od miejsca, gdzie toczy się akcja powieści.

A gdzie założyć zakładkę w e-booku?

Nie wyobrażam sobie czytania e-booków, bo uwielbiam zapach książek, szczególnie tych nowych, ale również te stare mają w sobie coś ciekawego, tajemniczego. Zastanawiam się wtedy, kto tę książkę trzymał w dłoni, jak ją przeżywał, traktował.

Czasem czytanie książki porównuję do lotu samolotem. Bujam w obłokach, oglądam rozległe pejzaże, poznaję ludzi. A jak kończę książkę i zamykam okładkę, to tak jak lądowanie samolotu. Czasem łagodne, nagrodzone brawami, a czasem jak tąpnie, to pamięta się do końca życia.

I tak jak po wyjściu z samolotu niebawem znajdujemy się w porcie lotniczym, tak po przeczytanej książce znów lądujemy w bibliotece.

Jaki port może dać Wam pewniejsze schronienie niż obszerna biblioteka.

Biblioteka to pałac czarów. Polskie przysłowie mówi:

LEPIEJ CZYTAĆ W BIBLIOTECE NIŻ SIĘ POCIĆ W DYSKOTECE

Bo książki coś magicznego mają, czasem całe życie człowieka zmieniają.

I wiedzcie, kochani moi czytelnicy młodzi, ja w to święcie wierzę ,że książka przetrwa, przetrwa wszystkie czasy, chociaż w pień wycięte nasze polskie lasy.

Ginęły państwa, społeczności, plemiona, a książka pozostawała.

Ona rozwija się wraz z postępem i rozwojem ludzkości.

Na koniec przytoczę Wam myśl naszej noblistki Wisławy Szymborskiej

CZYTANIE TO NAJPIĘKNIEJSZA ZABAWA, JAKĄ SOBIE LUDZKOŚĆ WYMYŚLIŁA

Bawcie się zatem znakomicie moje kochane wnuki i wnusie.

Wasza babcia


Jakub Ćwiek gratuluje Broni Czarny (fot. Archiwum biblioteki)

Gabriel Muazin

Syndyk Ludów Wymarłych

Syndyk Ludów Wymarłych Gabriel Muazin zbliżał się do ukrytego w niezmierzonych przestrzeniach kosmicznych Układu Słonecznego, nucąc cicho jeden z zagubionych w czasie i historii poematów rasy, o której nikt już nie pamiętał. W czasie długiego lotu miał okazję pomyśleć nad tym, jak wyjątkowa była sprawa Ziemi.

Zaprzątała ona głowę szefom już od dłuższego czasu, bowiem niemal żadnego możnego inwestora nie interesowała bynajmniej ta zapomniana przez bogów planeta. Jej godni pożałowania mieszkańcy przestali być obiektem żartów po swoich pierwszych próbach z energią atomu, od tej chwili wspominanie o nich chociaż słowem na bankietach i rautach Federacji zaczęło budzić niesmak. Owianych krzywdzącym stereotypem rasy prymitywnej, niegodnej współpracy z ludami kosmosu, zostawiono ich samych sobie. Co stało się później, mało komu było wiadome, zaś tym nielicznym niespieszno było do dzielenia się swoją wiedzą z pozostałymi. Ziemia była wszak niemodna; krążyły plotki, że mordowano tam na każdym kroku, a obywatele żyli w ciągłym strachu przed tym, że niebo spadnie im na głowy. W zaawansowanej technologicznie Federacji było to nie do pomyślenia. Cała sprawa śmierdziała na kilometr jakimś szwindlem i krętactwem, Gabrielowi jednak było wszystko jedno. Potrzebował pieniędzy i nie obchodziło go, jak podejrzanych spraw się podejmuje; ważne, że stawka była sowita, a warunki nie najgorsze.

Po dłuższym czasie pełnym nerwowego oczekiwania pojawił się przedsiębiorca chętny zainwestować w terraformację Ziemi. Skoro jej mieszkańcy uznali za celowe unicestwić się raz na zawsze, zadaniem Gabriela było przybycie na planetę i wyciśnięcie z niej wszystkiego, co mogło przydać się galaktyce. Dług, jaki Ziemianie zaciągnęli, zanieczyszczając glob i przestrzeń kosmiczną, musiał zostać spłacony. Zasoby, kultura, wszelkie inne przydatne pozostałości należało zebrać, skatalogować, spakować i wywieźć z tego miejsca. Przygotowania do terraformacji Ziemi dla kolejnej rasy musiały przebiegać w ściśle określonym tempie, bowiem każdy dzień zwłoki oznaczał wysokie straty.

Po rozpoczęciu procedury lądowania Gabriel spojrzał z pogardą na pozostałości planety. Widział tylko żałosne resztki cywilizacji, która mogła być wielka. Ziemianie doprowadzili do swojego zniszczenia w rekordowo krótkim czasie. Żadna z planet, którą wcześniej odwiedził syndyk, nie była na tyle wyeksploatowana i zniszczona. Leje po bombach pokrywały dużą część terenu, jaki miał przed oczami. Resztę zajmowały ruiny i gruz, śmieci i truchła zwierząt. Ludzkich trupów nie widział nigdzie – może to i lepiej. Ziemian, podobnie jak wiele cywilizacji przed nimi, wyniszczyła bezlitosna walka o zasoby, co w połączeniu z brakiem możliwości odbycia dalszych lotów w przestrzeń kosmiczną czyniło z Ziemi śmiertelną pułapkę. Planetę otaczała gruba sfera starej maszynerii i śmieci, przez którą statek Gabriela ledwo się przedostał, a i tak trzeba było część usunąć dezintegratorem, by dało się przelecieć.

Syndyk westchnął ciężko. Wyglądało na to, że czeka go tu dużo roboty. Pod grubą warstwą gruzów mogły spoczywać bezcenne dzieła sztuki. Najbardziej cenione przez Federację były zabytki piśmiennictwa, wątpił jednak, by dużo z nich przetrwało. Ludzkość wyglądała na jedną z cywilizacji, które przed samounicestwieniem uważają za słuszne zniszczyć wszelkie pozostałości. Westchnąwszy głęboko nad głupotą i krótkowzrocznością Ziemian, Gabriel przywdział skafander i wyszedł na powierzchnię planety.

Po rozstawieniu niezbędnego sprzętu i rozbiciu obozu, syndyk przystąpił do pracy. Tym, co najbardziej mierziło Gabriela w jego zawodzie, była konieczność przekopania się przez całe warstwy popiołów, gruzów i innych odpadków pokrywających to, co naprawdę go obchodziło. Jednak dzięki zaawansowanej technologii czarna robota nie należała już do jego zmartwień; był z tego bardzo rad, bowiem dawnymi czasy zmuszony był wspomagać stare i niechętnie działające maszyny w ich trudzie. Po hojnej dotacji od jednego z możnych Federacji praca przebiegała o wiele sprawniej.

Tak wielkich zwałów śmieci i trucheł nie widział nigdy wcześniej. Nie miał pojęcia i nie interesowało go, w jaki sposób Ziemianie wymordowali się nawzajem, lecz musiał on być wyjątkowo efektowny. Jego nowe, lśniące jeszcze lakierem maszyny z trudem przebijały się przez warstwę odpadków. Spod górnej jej warstwy błyskały do niego metalowe elementy niewiadomego pochodzenia. Zbliżył się do jednego z nich i przypatrzył się dobrze. Widniał na nim znak jednego z możnych baronów Federacji. No tak, mógł się tego domyślić. Gabriel cenił sobie własną skórę, postanowił więc niczemu się już nie dziwić – nawet temu, że na co drugiej planecie widniały oznaki obcej interwencji w życie tubylców, co było sprzeczne z kodeksem Federacji. Wiedział jednak, że gdyby postanowił komuś o tym donieść, musiałby uciekać przed gniewem baronów. Gabriel otrząsnął się z czarnych myśli, wyrzucił broń i wrócił do pracy.

Po kilku godzinach maszyny zasygnalizowały znalezienie materiału potencjalnie godnego uwagi. Gabriel zbliżył się do wielkiej wyrwy, jaką maszyny uczyniły na powierzchni i spojrzał w dół. Zobaczył okrągłą metalową konstrukcję, która mogła niegdyś być włazem do schronu. Odbezpieczył swój pistolet pulsacyjny i z pomocą robotów dostał się do środka. Na kilku materacach usytuowanych naprzeciwko wejścia gniły ludzkie ciała. Rad z tego, że ma na sobie skafander, Gabriel przeszedł do następnego pomieszczenia, próbując nie zwracać uwagi na trupy. Uśmiechnął się pod nosem. Pokój był pusty z wyjątkiem kilku regałów wypełnionych książkami i walającymi się gdzieniegdzie opakowaniami z dawno już przeterminowanym jedzeniem. Gabriel podszedł do książek i zaczął ściągać je z regałów.

Nie mógł oprzeć się, by spojrzeć do środka. W przeszłości widział pozostałości po upadku wielu dumnych ras i cywilizacji. Większość z nich była do siebie bardzo podobna; po zobaczeniu dziesiątków tysięcy dzieł sztuki i zabytków piśmiennictwa Gabrielowi zaczęły się one wszystkie mieszać. Rozsiadł się w swojej kabinie pełen wyrzutów sumienia; powinien wszak kontynuować pracę i nie zwracać większej uwagi na rzeczy, które znalazł. Próbując nie myśleć o tym, jak dużo traci czasu, przygotował przenośną matrycę translacyjną i zamontował ją na ramieniu przed sobą. Od tej chwili każdy tekst, jaki znalazł się za nią, był tłumaczony na język wspólny, którym posługiwano się na planetach Federacji.

Syndyk rozpoczął lekturę trzymanej przezeń książki. Nosiła ona tytuł Hyperion i opowiadała o podróży sześciu pielgrzymów, dzięki której powstrzymaliby oni grożące galaktyce niebezpieczeństwo. Gabriel uśmiechnął się pod nosem. Technologie przedstawione przez autora nie miały racji bytu w rzeczywistości, syndyk był jednak pod wrażeniem rozmachu, z jakim przedstawiony był świat stworzony przez autora. Nigdy wcześniej nie doświadczył tak mistycznego uczucia, jakim było poznawanie od podszewki bohaterów, ich przygód. Nie mieściło mu się w głowie, jak w tak małym i pozornie mało znaczącym przedmiocie mogła ukrywać się magia, która kazała mu trzymać kciuki za ulubione postacie, przeżywać razem z nimi ich morderczą podróż i snuć przypuszczenia na temat tego, co się stanie dalej. Gabriel trwał jakby w transie – nie mógł oderwać się od książki, którą czytał, choć wiedział, że czeka go jeszcze mnóstwo pracy. Maszyny rozesłane przez niego na całą powierzchnię planety przesyłały mu liczne sygnały świadczące o obecności wielu przedmiotów takich jak ten, który trzymał przed sobą. On jednak nie zwracał na nie uwagi. Liczyła się dla niego tylko lektura, wszystko inne zdawało się być jak natrętne muchy, które nie pozwalają mu czytać. Zapomniał o swojej pracy, o podejrzanych śladach, jakie odnalazł w bunkrze.

Gdy skończył Hyperiona, zorientował się, że jest już bardzo późno, a on wciąż nie zdał raportu z pierwszego dnia prac. Pospiesznie odczytał z ekranów raporty przesłane mu przez maszyny. Wysłał je szefowi i nie bacząc na nic, znów wziął się do lektury. Tym razem trzymał w ręku książkę zatytułowaną Diuna.

Było jeszcze wiele innych tytułów, Gabriel nie mógł spamiętać ich wszystkich. Gdy przyszło mu opuścić Ziemię, wiedział, że długo będzie pamiętać tę podróż i wiadomość, jaką postanowił wysłać pewnym ludziom. Tym, którzy niszczyli cywilizacje, by się wzbogacić. Długo myślał nad tym, jak sformułować to, co czuł podczas czytania tych wszystkich książek. Całą gamę emocji, jaką doświadczał, wszystkie jego przemyślenia, które zrodziły się pod wpływem lektury. Ostatecznie jednak napisał:

Zdaję sobie sprawę, jak mogą brzmieć moje słowa. W przeszłości wywiozłem z dziesiątek planet niezliczone rzeźby, obrazy, książki i inne dzieła sztuki, o których mało kto już pamięta. Moja praca nigdy nie była dla mnie czymś, co mogło wywrzeć na mnie duży wpływ. Zbliżając się do Ziemi, nie podejrzewałem, że napotkam tam coś, co pozwoli mi otworzyć oczy na sprawy, które dotąd mnie nie obchodziły. Gdy tam dotarłem, znalazłem kilka wyjątkowych książek. Pozwoliły mi one szerzej spojrzeć na to, co dzieje się w Federacji. Przekręty, korupcja, rządy oligarchów. Tak nie może być. Postanowiłem z tym skończyć. Zanim ta wiadomość do was dotrze, wszyscy w galaktyce dowiedzą się o waszych działaniach na Ziemi i innych planetach. Nie mogę pozostać obojętny wobec takiego okrucieństwa. Wyśmiewaliście mieszkańców planety, którą opuszczam, posądzaliście ich o małostkowość i niepotrzebną agresję. Jednak sami nie jesteście lepsi. Nie obchodzi mnie to, co się ze mną stanie. Jednego jestem pewien – póki żyję, zrobię wszystko, by wasze kłamstwa wyszły na jaw.


Janina Mudyna wręcza nagrodę Kajetanowi Poniatyszyn (fot. Archiwum biblioteki)

   



"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska