Nr 4/2019 (LXIII) ISSN 2083-7321




Łukasz Brudnik
Dział Instrukcyjno-Metodyczny WBP w Opolu


W życiu bym nie zabrała się za pisanie powieści młodzieżowych, gdybym nie miała żadnego kontaktu z tą grupą wiekową
- rozmowa z Joanną Jagiełło



Łukasz Brudnik: Oprócz obyczajowych książek dla młodzieży, z których jest pani najbardziej znana, jest pani również współautorką dwóch książek o piłkarzach: Napastnicy i Bramkarze. Czy lubi pani piłkę nożną?
Joanna Jagiełło: Wcale mnie to pytanie nie zdziwiło, bo bardzo często ludzie mnie pytają, jak to się stało, że autorka powieści obyczajowych dla młodzieży, o szkole, miłości, przyjaźni, ale też trudnych tematach, takich jak samobójstwo, molestowanie, przemoc, nie mająca nic wspólnego ze sportem, bierze się za taką książkę. Lubię piłkę nożną, bo gdybym jej nie lubiła w ogóle, to nie zgodziłam się na ten projekt. Natomiast nie znam się na niej zbyt dobrze. Zgodziłam się napisać te książki, bo miałam bardzo dobrego współautora, Jarka Kaczmarka, który o piłce wie wszystko. Nie tylko napisał wszystkie bardziej teoretyczne wiadomości dotyczące reguł gry, ale także sprawdził biografie piłkarzy, które napisałam. To była jedna z takich prac zleconych, które przyjęłam z powodów również finansowych. Bardzo szybko przekonałam się jednak, że historie piłkarzy są fascynujące i właściwie każda z nich opowiada o spełnionym marzeniu, ale też o tym, jak dużo trzeba zrobić, żeby zrealizować swoją pasję. Pisanie tej książki było dla mnie niezwykle odkrywcze. Oczywiście, żeby napisać książkę o pięciu bramkarzach, a potem napastnikach, sama musiałam przeczytać do każdej z tych książek dziesięć innych książek, obejrzeć na YouTubie całe mnóstwo meczów i wywiadów z tymi piłkarzami. Ale okazało się, że to bardzo ciekawe postaci.

Ł.B.: Czy miała pani wpływ na dobór opisywanych piłkarzy?
J.J.: Tak i nie. Dyskusja była wspólna, natomiast miałam zaufanie do tego, że współautor książki wie, kogo finalnie wybrać. Mieliśmy problem z Messim, bo on się w końcu nie znalazł wśród napastników. To dlatego, że planowano książkę o pomocnikach i Messi został zachowany jakby na potem. Później wiele osób pytało nas, czemu nie ma Messiego. Chyba była to jedyna tak kontrowersyjna rzecz. Wcześniej przeglądałam te biografie i mówiłam, które mi się bardziej podobają, które mniej. Chodziło o dwie rzeczy. Pierwsza to pozycja danego piłkarza, czyli jak dużą zrobił karierę, jak bardzo znanym jest zawodnikiem. To było bardzo ważne, bo chcieliśmy mieć popularnych zawodników. Druga rzecz to była jego biografia, historia. Tutaj wybory były bardziej subiektywne i podyktowane tym, kto nas bardziej fascynuje jako pewna sylwetka. Wiedzieliśmy też, że w każdej książce chcemy mieć jakiegoś polskiego piłkarza.

Ł.B: Jest pani kojarzona głównie z książek dla młodzieży. Co sprawiło, że zaczęła Pani dla niej pisać?
J.J.: Najpierw była decyzja, że napiszę powieść, marzyłam o tym całe życie. Żeby to zrobić, rzuciłam doktorat z językoznawstwa na anglistyce. Pisałam wcześniej wiersze, nawet jako dwudziestoparolatka wydałam tomik poetycki, więc to nie był mój debiut książkowy. Jednak powieść była kolejnym wyzwaniem. Nie wiersze, nie opowiadania, bo to umiałam robić i publikowałam w różnych miejscach i nie o to w tym chodziło. Chodziło o powieść. Jeszcze nie wiedziałam, że będzie ona dla młodzieży. Rozmowa z moją starszą córką, która wtedy miała chyba czternaście lat, a teraz ma dwadzieścia pięć, zapaliła mi w głowie światełko. Moja córka lubiła czytać fantasy, głównie Harry’ego Pottera. Również bardzo lubię te powieści, jednak martwiłam się, że ona jest czytelniczką jednej książki. Namawiałam ją, żeby spróbowała czegoś innego, choćby prozy obyczajowej, na przykład książek Małgorzaty Musierowicz. Wtedy ona odpowiedziała, że jej się nic tak naprawdę nie podoba i że mało jest fajnych książek. Pomyślałam wówczas: czy ona ma rację? Poszłam do księgarni i zaczęłam przyglądać się ‘ofercie’. Jeżeli wchodzimy do dużej księgarni, powiedzmy dwupiętrowej, to zwykle całe piętro jest dla dorosłych, a potem na następnym też znajduje się część dla dorosłych, na przykład literatura faktu. Jest też część dla dzieci – całkiem sporo książek i to coraz piękniejszych. Dla młodzieży, przynajmniej dziesięć lat temu, bo troszeczkę już się to zmieniło, nie było tych książek tyle, ile mogłoby być. Oczywiście, można powiedzieć, że to dlatego, bo dorosłym jest się przez, na przykład, siedemdziesiąt lat, a młodzieżą pięć. Natomiast jeżeli chodzi o wagę, o to, jak bardzo to jest istotne, to wydawało mi się, że tych książek mogłoby być więcej i bardziej różnorodne. Widziałam wówczas też mało polskich książek, które mi się podobały, więcej było tłumaczeń. Wydawało mi się, że może to jest jakaś luka czy nisza, że może warto spróbować coś zrobić. Bardzo szybko wymyśliłam, o czym będzie ta książka i główną bohaterkę. No i tak to się zaczęło.

Ł:B: Ale żeby pisać dla młodzieży, trzeba dobrze znać jej problemy.
J.J: Oczywiście, to jest największe wyzwanie. Pomagają nam dzieci, jak moja córka. Ale ja przez osiem lat uczyłam też w gimnazjum i w liceum. Bardzo zresztą lubiłam uczyć w gimnazjum, czego nikt nie rozumiał. Przecież gimnazja były wtedy uważane za jakąś wylęgarnię przemocy, że są tam straszne dzieci. Zupełnie tak nie uważałam. Może miałam szczęście, może to były takie gimnazja. W każdym razie ta grupa mnie ciekawiła. To jest taki moment między trzynastym a szesnastym rokiem życia, kiedy kształtuje się nasza świadomość i zainteresowania. To jest taki czas, kiedy dzieciaki zaczynają sobie zadawać pytania na temat różnych problemów, które ich dotyczą. Trochę bardziej zaczynają analizować ten świat. Już dziesięć lat temu było niełatwo, a wydaje mi się, że teraz jest jeszcze trudniej. Chodzi tutaj głównie oczywiście o media społecznościowe i ich wpływ. To nie jest młodzież z okresu, kiedy ja nią byłam. Nie można się cofnąć trzydzieści lat i pomyśleć sobie: dobrze, to ja napiszę o sobie, takiej, jaką byłam trzydzieści lat temu. Zupełnie to nie działa, bo oni są teraz inni. W życiu bym nie zabrała się za pisanie powieści młodzieżowych, gdybym nie miała żadnego kontaktu z tą grupą wiekową. Wtedy miałam córkę w wieku głównej bohaterki mojej pierwszej książki. Ona już dorosła, ale w międzyczasie moja młodsza córka weszła w okres dorastania. Teraz ma piętnaście lat, więc mogę cały czas obserwować ją i jej koleżanki, które przewijają się przez nasz dom oraz to, co ona pisze na Facebooku, Instagramie. Chociaż muszę powiedzieć, że mam też takie odczucie, że jest coraz trudniej. Zaczynam się zastanawiać, czy jeszcze w ogóle mówię ich językiem.

Ł.B: Czyli to z córkami konsultuje się Pani, pisząc poszczególne sceny z młodzieżą?
J.J.: Pisząc pierwszą książkę, bardzo dużo pokazywałam Julce. Głównie chodziło mi o język. Chciałam wiedzieć, jak oni ze sobą rozmawiają, czego nigdy by nie powiedzieli. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że język powieści młodzieżowych jest pewnego rodzaju kompromisem. Na przykład w moich książkach niektórzy bohaterowie przeklinają, owszem, ale nie jest to dominujące. Zresztą, bywam proszona, żeby stonować niewyparzony język moich bohaterów. Myślę, a raczej wiem, że młodzież ogólnie gorzej mówi, choć to też bardzo zależy od grupy. Jest to kompromis również dlatego, że gdy uchwyci się okiem, w jaki sposób młodzież ze sobą rozmawia, na przykład na komunikatorach internetowych, to są to krótkie komunikaty: „hej”, „co słychać”, „co tam”? Często nie ma nic interesującego. Jest jasne, że w życiu nie prowadzi się bez przerwy jakichś ważnych rozmów, dotyczy to przecież też dorosłych, ale język powieści nie powinien być przecież tylko zapisem tego, jak ludzie rozmawiają, ma nas dokądś prowadzić. Jula zwracała mi więc głównie uwagę na rzeczy, których nikt by już nie powiedział, dawała sugestie. Tak było przy pierwszej książce. Teraz jak podsyłam kolejne rozdziały niewydanej jeszcze książki, ona mówi: „O Jezu, wiesz co, mamo, nie chcę, już nie wysyłaj mi tego”. Wtedy pytam: „Co nie masz czasu?”. „No nie, ale ty mi wysyłasz na przykład trzydzieści stron i koniec, a ja się chcę dowiedzieć, co dalej”. Moja młodsza córka Basia i jej koleżanki też czytają moje książki. Nawet mi dają różne opinie, że im się podobała albo mniej, z jakiego powodu. Ostatnio się ucieszyłam, bo jedna z przyjaciółek Basi powiedziała, że, pisząc egzamin gimnazjalny, posłużyła się książką „Jak ziarnka piasku”, która porusza bardzo trudne tematy. Pomyślałam, że jest w tym coś cennego. Oczywiście mam nadzieję, że robi to więcej osób, a nie tylko przyjaciółka mojej córki. Sądząc po sprzedaży, w sumie chyba tak.

Ł.B: „Jak ziarnka piasku” to książka bardzo ważna w Pani twórczości, za którą otrzymała Pani Nagrodę Polskiej Sekcji IBBY. Czy długo przygotowywała się Pani do jej napisania? Pytam dlatego, że jest to książka, która z jednej strony porusza, jak wcześniej było wspominane, ważne tematy dla nastolatków, z drugiej zaś potrafi zachwycić dorosłego czytelnika.
J.J.: A dlaczego potrafi zachwycić dorosłego czytelnika?

Ł.B.: Choćby językiem, klimatem.
J.J.: Jest to książka, do której zainspirowały mnie wydarzenia opisane w reportażach „Gazety Wyborczej” i później w książce reporterskiej „Zatoka świń” Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego. To był bardzo głośny seks-skandal w Sopocie. Czternastoletnia Anaid, zastraszana, szantażowana przez łowcę nastolatek „Krystka”, rzuciła się pod pociąg. Sieć zarzucana była na młode dziewczyny w klubach, między innymi w tak zwanej Zatoce Sztuki. Dziewczęta nie zawsze postępują mądrze, więc one tam piły alkohol, spotykały się z mężczyznami. Jeżeli dochodziło do sytuacji intymnych, robiono im zdjęcia i później one były szantażowane, że te zdjęcia trafią do sieci. Nawet ja, gdy pomyślę sobie, że ktoś mógłby mnie szantażować umieszczeniem moich nieprzyzwoitych zdjęć w sieci, czułabym się bardzo źle, a co dopiero taka czternastolatka Młoda dziewczyna sobie z tym nie radzi. Czuje taki wstyd, że nie jest w stanie nikomu o tym powiedzieć. Bardzo długo myślałam o tej historii, ona we mnie tkwiła, tak jak wszystkie ważne i trudne historie. Pojechałam kiedyś do Sopotu, żeby pisać i wtedy ta historia do mnie wróciła. Zaczęłam chodzić plażą i jakby zobaczyłam tę bohaterkę. Ale „Zatoka Świń” była tylko inspiracją. Moja historia jest zupełnie inna. Są dwie przyjaciółki, jedna z nich popełnia samobójstwo. Okazuje się potem, że w to jest zamieszany nauczyciel plastyki. Przyjaciółka samobójczyni jakby trochę wchodzi w jej buty, jednak ona inaczej na to reaguje, bo jest po prostu inna, nie poddaje się przemocy.

Ł.B.: Dlaczego warto o tym pisać?
J.J.: To jest bardzo ważny temat, chociaż po napisaniu tej książki usłyszałam od jednego z wydawnictw, że historia jest za ciężka. W końcu wydała to Nasza Księgarnia. Książka dostała nagrodę, więc fajnie, wszyscy się cieszymy. Trochę mniej cieszymy się z tego, że takie sytuacje dalej są. Dlatego trzeba o nich pisać, mówić, pisanie i mówienie o trudnych rzeczach przełamuje tabu. Im więcej się o tym pisze i mówi, tym łatwiej jest komuś o tym powiedzieć. To jest sprawdzone. Jeżeli ktoś przeczyta, że inny miał podobny problem, to wtedy nie jest sam. Jeśli zobaczy, że zawsze możemy znaleźć kogoś, komu o takim problemie powiemy, to może coś się otworzy w takiej osobie. To nie musi być przemoc. Oczywiście jest ona jednym z problemów najbardziej zaciemnianych, o których najmniej się mówi. Niby mówi się o nich w szerszej perspektywie, ale nadal osobie molestowanej, szantażowanej czy zgwałconej bardzo trudno komukolwiek o tym powiedzieć.

Ł.B.: A ta literackość?
J.J.: Co do tej literackości, to nie wynikła ona z zamierzenia. Chyba tylko takim językiem potrafiłam te okropności opisać. Emocje były tam tak silne i ja je czułam. Cały klimat tego wszystkiego: morze, Sopot, to wszystko mnie popchnęło do trochę innych środków wyrazu. To nie znaczy, że w innych moich książkach nie ma literackości. Zawsze chciałam, żeby to były dobre powieści, nie tylko dlatego, że to są tak zwane książki nieodkładalne, czyli zaczyna się czytać taką książkę i bardzo człowiek chce wiedzieć, co się stało dalej. Wtedy wystarczy, żeby była akcja, dość prosty język i nie potrzeba specjalnych zabiegów. Jednak już w „Kawie z kardamonem”, mojej pierwszej książce, są opisy snów głównej bohaterki. Wiele osób mówiło, że to jest bardzo literackie. Jestem też poetką, więc myślę, że dla mnie ta literackość to nie jest nic obcego. Wręcz muszę się hamować, żeby jej nie było za dużo, bo jednak w powieściach dla młodzieży forma nigdy nie powinna dominować.

Ł.B.: Pani bohaterowie bardzo często wychowywani są przez samotnych rodziców. To przypadek czy w ten sposób próbuje Pani pokazać, jak skomplikowane mogą być relacje na linii rodzic – dziecko. Czy może istnieje inny powód?
J.J.: Powodów jest mnóstwo. Często mnie ludzie pytają: „u ciebie to są same niepełne rodziny i patologia, przecież w życiu tak nie jest”. Odpowiadam: „oczywiście, że nie, ale pomyśl sobie, jeżeli ktoś jest wychowywany w normalnej, kochającej rodzinie, to mniej potrzebuje wsparcia, a książka jest też wsparciem, jest rozmową”. Jeśli czytamy o bohaterce czy bohaterze, który w jakiś sposób nas przypomina albo ich sytuacja przypomina naszą, to wtedy osoba, która czyta tę książkę, myśli: „o, też tak ma, jak ja”, „wiem, jak to jest, bo też tak mam”, „wiem, jak to jest, bo moi rodzice też się rozwiedli”. Ludzie, którzy mają mniej problemów, trochę może mniej potrzebują takiej identyfikacji. Zresztą, są też tam pełne i szczęśliwe rodziny i dobre związki, ale rzeczywiście jest też dużo rodzin z problemami, co właśnie wynika z zamierzenia, że o tym trzeba pisać, by przełamywać tabu. Może już nie ma takiego tabu jak kiedyś jeśli chodzi o rozwody, ale myślę, że to też zależy i od części Polski, i od tego, w jakiej jesteśmy miejscowości. Proszę sobie wyobrazić, że jest jedyna osoba w klasie, która ma niepełną rodzinę – ja byłam taką osobą. Dlatego to jest też kolejny powód. Jako jedyna osoba w klasie nie miałam taty na co dzień i bardzo to odczuwałam. Myślę, że nadal ktoś się może tego wstydzić i odebrać takich bohaterów jako wspierających dla siebie. Podobnie jest oczywiście nie tylko w przypadku niepełnej rodziny. Na przykład w serii „kawowej” matka głównej bohaterki cierpi na depresję. Choroby psychiczne dotykają dorosłych ludzi i dzieci przecież też muszą jakoś z tym żyć. Matka innego z bohaterów jest alkoholiczką. Specjalnie jest to matka, bo o ile w pewnych społecznościach ojciec alkoholik jest jakąś normą, może nie normą, ale jest na tyle częsty, że nikt się temu nie dziwi, to matka alkoholiczka, która samotnie wychowuje syna, jest jednak rzadkością. Myślę, że ja piszę dla takich dzieciaków. Przecież one istnieją i mają takie problemy. Bardzo często to słyszę, bo podchodzą do mnie czasami po spotkaniach albo dostaję na Messengerze wiadomość, piszą na różnych moich stronach internetowych, bo mam ich kilka. Jedna nazywa się „Kawa z kardamonem”, bo założyłam ją już jak ta pierwsza książka wyszła. Mam też swoją stronę pisarską. Czasami dostaję tam wiadomości i młodzi ludzie dziękują mi za tę książkę, bo się identyfikują z bohaterką, bo też mają niepełną rodzinę, bo im też jest trudno, bo ich rodzice też się rozwiedli, bo u nich jest to i to. Jeżeli ktoś uważa, że ja tym przepracowuję swoje traumy, to pewnie do pewnego stopnia też tak jest. Jak wiadomo, każdy pisarz trochę pisze o sobie.

Ł.B.: Dla kogo pisze się najtrudniej? Dla dzieci, młodzieży czy dorosłych?
J.J.: Moim zdaniem dla młodzieży, bez dwóch zdań. Trochę ze względu na to, co mówiłam, że my nie żyjemy w ich świecie. Małe dziecko też ma świat inny niż człowiek dorosły. Natomiast małe dziecko w gruncie rzeczy jest bardziej, przynajmniej do pewnego wieku, wychowywane przez rodziców i wychowawców przedszkolnych, czyli przez dorosłych, niż przez grupę rówieśniczą. Oczywiście są rówieśnicy, ale nie mają jeszcze takiego wpływu jak w przypadku młodzieży. No i małemu dziecku dorośli dobierają książki. Pisząc dla małych dzieci, trochę piszemy dla dorosłych. Jeżeli dorosłemu książka nie będzie się podobała z jakiegoś powodu, to nie kupi jej dziecku. To dorosły wybiera. A on często jest bardziej wysmakowanym czytelnikiem. Posiada trochę szersze horyzonty, jeżeli chodzi o czytanie. Inaczej patrzy na książki, słucha też recenzji i krytyków. Natomiast młody człowiek, lat trzynaście, nie będzie zwracał uwagi, czy książka dostała jakąś nagrodę. Nie będzie czytał, co na jej temat mówią krytycy. W ogóle go to nie obchodzi. Jeżeli książka nie jest lekturą szkolną i wypożyczy ją z biblioteki, to bierze i zaczyna czytać. Albo go ta książka wciąga, lubi bohaterów, albo nie. Jak nie, to nie będzie jej czytał dalej. Nie przeczyta książki tylko dlatego, że wszyscy o niej mówią, że znani blogerzy książkowi bardzo dobrze o niej napisali. Młody człowiek takie rzeczy ma w nosie. Zaufanie tych czytelników zdobywa tylko książka sama w sobie. Ani nie postać autora, ani nie krytycy, ani nie nagrody. To jest po prostu tylko taki żywy kontakt z książką. Oczywiście jeżdżę na spotkania, może ktoś mnie polubi z twarzy i zechce przeczytać moje książki, aczkolwiek nie sądzę, by to tak działało.

Ł.B.: Dlaczego zdecydowała się Pani napisać „Hotel dla twoich rzeczy”?
J.J.: Dostałam propozycję napisania „Hotelu dla twoich rzeczy” od Wydawnictwa Czarne, a Wydawnictwu Czarne się nie odmawia. Przynajmniej tak wtedy uważałam! Propozycję dostałam, bo podobno moje życie było ciekawe. To jest książka o moim życiu, ale nie jest autobiografią. Niektórzy bardzo mnie krytykowali, że w ogóle ośmieliłam się napisać autobiografię, przecież ja nikim nie jestem. Mówiłam, że to nie jest autobiografia, tylko opowieść o życiu. W gruncie rzeczy nawet są tam zmienione imiona. Właściwie nawet nie dlatego, że musiałam to zrobić, tylko dlatego, że bardzo bawię się tą książką. Ona łączy w sobie różne gatunki literackie, odmienne perspektywy i sposoby narracji. Pisząc ją, nie tylko odczuwałam cudowny powrót do przeszłości, do dzieciństwa i później do czasów młodości, ale bawiłam się też konwencjami. Ta książka sprawiła mi dużo przyjemności. Poza tym wydawało mi się, że mam coś do powiedzenia. Jak opowiadałam o moim życiu, jeszcze zanim napisałam tę książkę, to ludzie mi mówili, że to jest wspaniała opowieść, bo pokazuje jak w życiu, które nie było łatwe, można jak feniks z popiołów bez przerwy powstawać i żyć dalej z optymizmem, spełniać swoje marzenia. Pomyślałam: „jeżeli oni tak mówią, to gdy napiszę książkę, komuś będzie się podobać”.

Ł.B.: Kolejna książka napisana z myślą o dorosłym czytelniku to kryminał „Taki wstyd”. Była to próba zmierzenia się z czymś nowym czy od dłuższego czasu planowała Pani spróbować swoich sił w tym gatunku?
J.J.: Zawsze miałam fantazję, żeby napisać kryminał, co wynikało z tego, że czytałam ich dużo i do tej pory bardzo je lubię. Jeszcze zanim napisałam „Kawę z Kardamonem”, czyli pierwszą książkę dla młodzieży, myślałam, że jakbym napisała książkę, to byłby to kryminał. Wtedy jakoś nie miałam na to ochoty. Zdecydowałam się na powieść dla młodzieży. Jednak tę fantazję miałam ciągle w głowie. Po prostu chciałam się pobawić, bo lubię ten gatunek. Natomiast dostawałam takie sygnały, że to jest bardziej literatura obyczajowa z wątkiem kryminalnym niż taki czysty kryminał. Pewnie tak. W każdej z książek, które piszę, czy są dla młodzieży czy dla dorosłych, są ważne tematy, które chcę poruszyć. Tam było samotne macierzyństwo. Bardzo chciałam napisać książkę, w której ten wątek byłby bardzo silny, bardzo ważny. W tej staje się motywem zbrodni. Jest też historia pięciu pokoleń kobiet, w której jakby przez fatum każda z nich samotnie wychowuje dziecko. Z różnych powodów np. społeczno-wojennych. Akcja książki dzieje się na Helu. Uwielbiam morze, a w szczególności Hel. Pisanie tej książki to była wielka przyjemność. Nawet miałam takie głosy, że czemu nie napisałam jeszcze jakiegoś kryminału. Tak się na razie nie zdarzyło, ale może napiszę.

Ł.B.: Proszę zdradzić, o czym będzie Pani kolejna książka?
J.J.: Zanim odpowiem na to pytanie, chciałam najpierw opowiedzieć parę słów o książce, która wyszła niedawno, dokładnie we wrześniu. Jest świeżutka jak ciepłe bułeczki. „Tylko gdy pada deszcz” opowiada historię dziewczyny wychowywanej samotnie przez matkę. Matka pewnego dnia poznaje faceta. Bardzo szybko biorą ślub. Ten mężczyzna ma syna w wieku głównej bohaterki. Na początku z nimi nie mieszka, ale potem jego mama trafia do szpitala i zaczynają mieszkać razem. Jestem pewna, że każdy nastolatek, gdyby dowiedział się, że nagle ma mieszkać z osobą w swoim wieku, przeciwnej płci, kimś obcym, byłby niespecjalnie szczęśliwy. Oczywiście wszystkim się wydaje, że oni będą jak brat i siostra. Szybko się okazuje, że od tego niepolubienia się na początku relacja zaczyna przechodzić w coś zupełnie innego. Zaczynają się lubić aż za bardzo. To trochę taka zakazana miłość. Jest też w tej książce, tak jak lubię, tajemnicza historia z przeszłości. No ale przede wszystkim problem rodzin patchworkowych. Życie młodych ludzi w takich rodzinach nagle się zmienia zupełnie. Nagle muszą gdzie indziej mieszkać, z kim innym, mają kogoś, kto ma być niby tatą, ale nie wiadomo, czy to tata, do tego brat, nie wiadomo, czy brat. Ten problem wydał mi się ważny i chyba w żadnej z moich książek tak dobrze go nie opisałam.
Wracając do pana pytania, na pewno w przyszłym roku zostaną wydane dwie książki. Jedna dla młodzieży troszkę starszej, druga dla trochę młodszej. Jedna dostała trzecią nagrodę, druga wyróżnienie w konkursie Astrid Lindgren. „Tam, skąd zawracają bociany” dzieje się w maleńkiej miejscowości na Mazurach, takiej, o których się mówi, że stamtąd zawracają bociany, bo tam nic nie ma. Jest jeden sklep, pod nim pijaczkowie, maleńka stacyjka kolejowa, cmentarz i ruiny szpitala psychiatrycznego. Co jest dosyć istotne, bo książka znowu dzieje się w takich dwóch warstwach czasowych. Jedna warstwa to historia dwójki młodych ludzi, nastolatków. Chłopak przyjeżdża tam do dziadka, dziewczyna zostaje tam jakby zesłana za karę, bo o mało co nie została wyrzucona ze szkoły. Oni się tam spotykają, coś się zaczyna między nimi dziać, ale w międzyczasie okazuje się, że dziadek głównego bohatera zaczyna doświadczać różnych dziwnych, złych rzeczy. To wszystko ma związek z historią starego szpitala psychiatrycznego, który kiedyś się spalił i zginęło tam wielu pacjentów, a dziadek tego głównego bohatera tam wtedy pracował jako wychowawca. Ten młody chłopak też przeżył traumę, bo na obozie harcerskim podczas burzy o mało co nie zginął jego przyjaciel. Pojawiają się pytania: co to jest odwaga, jak być bohaterem albo jak znieść to, że nie zawsze jesteśmy bohaterami. Druga książka jest dla trochę młodszych dzieci, czyli takich czytelników „Pamiętnika Czachy”. Bohaterka jest w szóstej klasie. To jest książka o odrzuceniu z grupy, którą zawsze chciałam napisać. Są trzy wykluczone osoby w klasie. Jeden chłopiec jest przy kości, dziewczynka za to taka trochę za ładna, za bogata i za dobrze się uczy, więc też jej nie lubią, a trzeci chłopiec pochodzi z alkoholowego i przemocowego domu. Oni, każde z nich zupełnie inne, zaczynają się przyjaźnić, bo nikt inny ich nie chce. To są książki już napisane. Natomiast teraz pracuję nad książką o paczce czterech dziewczyn. No i tam będzie historia zaginięcia jednej z tych dziewczyn, tego co się właściwie stało i dlaczego. Myślę, że skończę tę książkę do końca tego roku, szczególnie, że w tej chwili już tylko piszę i jeżdżę na spotkania autorskie.

Ł.B.: Dziękuję za rozmowę.
J.J.: To ja dziękuję.

[23.09.2019]

Joanna Jagiełło poetka, pisarka, autorka powieści dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Laureatka nagrody IBBY. Napisała m.in. „Jak ziarnka piasku”, „Kawa z kardamonem”, „Pamiętnik Czachy”, „Taki wstyd”, „Zielone martensy”, „Tiramisu z truskawkami”, „Czekolada z chili”.


   



"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska