Nr 1/2020 (LXIV) ISSN 2083-7321




Łukasz Brudnik, Jolanta Zakrawacz
Dział Instrukcyjno-Metodyczny WBP w Opolu


Nie potrafię wymyślić historii, w której nikt nikogo nie zabija – rozmowa z Wojciechem Chmielarzem



Wojciech Chmielarz

Łukasz Brudnik: Od dłuższego czasu dużym zainteresowaniem w Polsce cieszą się kryminały naszych rodzimych autorów. Pana zdaniem, skąd wzięła się ta moda?
Wojciech Chmielarz: To wynika z kilku powodów, np. z pewnych zmian na polskim rynku księgarskim, które nastąpiły. Nie mniej prawda jest po prostu taka, że wracamy do normalności. Po 1989 r. była zapaść na rynku kryminalnym, jeśli chodzi o polskich autorów. Z tych, którzy działali i wydawali w PRL-u, tak naprawdę próbę czasu przeszła chyba tylko Joanna Chmielewska. Ponadto czytelnicy po prostu woleli książki zagranicznych autorów – amerykańskich, angielskich najczęściej. Te wszystkie „ludlumy”, „higginsy”, „alistairy macleany” – to się sprzedawało. Natomiast w pewnym momencie nastąpił przesyt tymi zagranicznymi tytułami. Zachcieliśmy swoich własnych historii. I pojawił się wtedy Marek Krajewski z pierwszą częścią o Eberhardzie Mocku. I od tego się zaczęło.

Ł.B.: Co sprawiło, że swoją karierę pisarską związał pan z powieścią kryminalną?
W.Ch.: Odpowiedź jest bardzo prosta. Ja nie potrafię wymyślić historii, w której nikt nikogo nie zabija. Żeby napisać książkę, żeby napisać historię, żeby wiedzieć w ogóle o czym pisać, to potrzebuję tego trupa jak jakiegoś katalizatora, co nie najlepiej chyba świadczy o mnie jako o pisarzu. Natomiast jednym z takich moich twórczych marzeń jest napisanie książki, gdzie nikt nikogo nie zabija.

Jolanta Zakrawacz: Jakie są źródła inspiracji w kreowaniu przez Pana danych postaci?
W.Ch.: Jeśli chodzi o postaci, to chyba takiej inspiracji nie ma, przynajmniej nie bezpośredniej. Zastanawiam się podczas pisania powieści, jakiej ja postaci potrzebuję. To znaczy, jaką ona ma spełniać funkcję. Traktuję ją trochę narzędziowo i poznaję dopiero podczas pisania. Tak więc postacie jakby rodzą się same i inspirują się same sobą.

J.Z.: Czy przeszukiwanie akt policyjnych to Pana narzędzie do wynajdywania ciekawych pomysłów do kolejnych powieści?
W.Ch.: Akurat akt policyjnych to ja nie czytam, ponieważ nie mam do nich dostępu. Natomiast, faktycznie, interesuję się sprawami kryminalnymi. Zresztą nie tylko z Polski, ale i ze świata. I rzeczywiście, niektóre historie, które przeczytałem, gdzieś tam w mojej głowie zostały i potem ich jakby echa można znaleźć w moich powieściach. Więc faktycznie interesuję się tym, co się w świecie kryminalnym i kryminalistyki dzieje.

J. Z.: W wywiadzie udzielonym Agacie Napiórkowskiej przeczytałam, że pisząc, nie trzyma się Pan sztywnych ram, a plan zmienia się w trakcie pisania. Która książka była dla Pana najtrudniejsza pod względem kompozycji?
W.Ch.: Pod względem kompozycji niewątpliwie najtrudniejsze w tworzeniu było Żmijowisko, a dokładnie mówiąc - ułożenie tej opowieści. Mamy tam trzy przeplatające się plany czasowe i to było bardzo trudne do napisania i bardzo trudne do ułożenia w taki sposób, żeby to po pierwsze było czytelne dla czytelnika i aby było logiczne. Bez żadnych - w związku z tym mieszaniem czasów planowych - „wtop”. Więc musiałem dużo kombinować przy pisaniu, żeby wyszło dobrze.

Ł.B.: Pisząc debiutancką powieść Podpalacz, z góry zakładał Pan, że będzie miała ona kontynuację. Czy to przeświadczenie wynikało z potencjału kreowanego świata i bohatera? A może od samego początku chciał Pan połączyć dalsze części pewnym pobocznym wątkiem?
W.Ch.: Na początku wcale tej kontynuacji nie zakładałem. Napisałem tę książkę i ją oddałem nie wiedząc, czy spotka się ona z zainteresowaniem. Nawet nie miałem pomysłu na kolejne części.

Ł.B.: Kiedy więc zrodził się pomysł połączenia kolejnych części?
W.Ch.: Tak naprawdę powstawało to z książki na książkę. Wydaliśmy Podpalacza, podpisałem umowę i po jakimś czasie napisałem do Moniki Sznajderman, czy nie chciałaby kolejnej części o komisarzu Mortce. Okazało się, że chciałaby, a ja miałem pomysł i napisałem Farmę lalek.

Ł.B.: Ostatecznie wątek ten zamyka się w pięciotomowym cyklu z Jakubem Mortką. Czy planuje Pan wrócić jeszcze do tego bohatera? A jeżeli tak, to czy znów będzie to kilka powieści połączonych wspólnym ogniwem?
W.Ch.: Planuję i chcę wrócić do postaci Jakuba Mortki. Mam nadzieję, że to się zdarzy prędzej niż później. Już mi się tam jakieś pomysły w głowie zderzają i może coś z nich wyniknie sensownego. Natomiast bardzo bym chciał, żeby tym razem były to zamknięte opowieści, nieciągnące się w sagę. Już taką formułą „seriową” - przenikaniem się wątków, przenoszeniem postaci z tomu do tomu - jestem zmęczony. I chciałbym, aby każda kolejna powieść była jakby zamkniętą kompozycyjnie całością.

Ł. B.: Kolejny cykl, zwany gliwickim, opowiada o nietypowym bohaterze. Dawid Wolski to niesympatyczny lawirant, cwaniaczek, któremu bliżej do przestępcy i to najniższych szczebli, niż do prywatnego detektywa. Czy ciężko było przekonać wydawnictwo do „postawienia” na niego?
W.Ch.: Nie, akurat to było bardzo łatwe. Nie wiązały się z tym żadne kłopoty. Ja mam w ogóle szczęście, że w Wydawnictwie Czarne i w Wydawnictwie Marginesy bardzo mi ufano. I jak przychodziłem z książką, to oni ją wydawali. Trzeba też pamiętać, że Dawid Wolski pojawił się po Nagrodzie Wielkiego Kalibru. Myślę więc, że trudno było już w tym momencie nagrodzonemu autorowi powiedzieć: „Nie, może przyjdź z czymś innym” [śmiech].

Ł.B.: Żmijowisko i Rana są książkami, w których wątek kryminalny wydaje się być pretekstem do opowiedzenia o skomplikowanych, nierzadko toksycznych relacjach międzyludzkich. Skąd u Pana fascynacja mroczną naturą człowieka?
W.Ch.: Nie powiedziałbym, że fascynacja. Wbrew pozorom nie spędzam dni zastanawiając się nad tym, kto kogo zabija i w jaki sposób. I o strasznych rzeczach, które się dzieją na świecie. I o mrokach polskiej duszy. Powiedziałbym, że jest wręcz przeciwnie. Powiem tak - traktuję moje zajęcie jak zawód. To znaczy, akurat mam taki zawód, żeby pisać straszne powieści i je piszę. To tyle.

Ł.B.: Czy Klementyna, bohaterka Rany, ma swój pierwowzór w rzeczywistości? Pytam, gdyż podobna bohaterka pojawia się w jednym z reportaży Mariusza Szczygła.
W.Ch.: A wcześniej jeszcze u innej autorki, która napisała o niej reportaż w latach osiemdziesiątych. I on nosił tytuł bodajże „Pani od maszynopisarstwa”. I ta sprawa faktycznie była jedną z inspiracji do napisania tej książki. Chociaż ja uważam, że tak naprawdę ważniejszą dla mnie literacko, chociaż tego może w tej książce nie widać, była sprawa Katarzyny Waśniewskiej, czyli mamy Madzi z Sosnowca. To była taka pierwsza sprawa, kiedy zacząłem się zastanawiać, co się dzieje w polskiej rodzinie, że dochodzi do takich historii.

Ł.B.: W Ranie niezbyt korzystnie przedstawia Pan realia panujące w prywatnej szkole. Skąd ten pomysł?
W.Ch.: To nie jest pomysł. To jak realia zostały opisane, wynika z wielu rozmów, które odbyłem z wieloma nauczycielami, którzy pracowali w prywatnych szkołach. I po prostu te realia bardzo często tak właśnie wyglądają. Nie chcę powiedzieć, że w każdej szkole prywatnej tak to wygląda, ale bardzo często tak jest. Znaczy, zachowania mobbingowe w szkołach prywatnych zdarzają się częściej niż gdzie indziej.

J.Z.: Od niedawna na Canal+ możemy oglądać serial na podstawie Żmijowiska. Czy jest Pan zaskoczony, że ostatecznie doszło do realizacji serialu? I czy jest Pan zadowolony z jego wersji finalnej?
W.Ch.: Czy jestem zaskoczony? Powiem tak, przez cały czas, jak pracowaliśmy nad serialem, miałem z tyłu głowy takie przeświadczenie, że może nie ma co się cieszyć, bo nie wiadomo co z tego wszystkiego wyjdzie koniec końców. I czy uda się ten serial zrealizować. Ale widziałem krok po kroku, dzień po dniu, jak się ten serial rodzi. W tym zaskoczenia nie ma. Po prostu byłem przy tym, widziałem. A z efektu końcowego jestem zadowolony, bo jestem jednym z jego współtwórców jako współautor scenariusza, razem z Daną Łukasińską. Więc tak to po prostu wygląda.

Ł.B.: Czy obsadzenie w roli współautora scenariusza do Żmijowiska było jednym z warunków postawionych producentom serialu, zanim wyraził Pan zgodę na przekazanie prawa do sfilmowania tej książki?
W.Ch.: Nie. To nie był żaden warunek. To wyszło naturalnie. To znaczy oni chcieli, żebym ja to pisał, a ja chciałem to pisać. Myślę, że jeśli już miałaby nastąpić taka sytuacja, to byłby ich warunek, żeby kupić te prawa. To znaczy, gdybym ja się nie zgodził pisać tego scenariusza, to nie wiadomo, czy oni by w ten interes weszli. Natomiast od początku mieliśmy tutaj bardzo dużą spójność. I producenci, i ja, chcieliśmy tego samego. Chcieliśmy, żebym ja pisał scenariusz, ale żeby był również drugi współautor - zawodowy scenarzysta, który zna ten język filmu, potrafi nim operować i ma inną wyobraźnię i możliwości niż ja.

J.Z.: Opowiem ci o zbrodni to projekt telewizyjny, który Pan prowadzi. Czy ma Pan także wpływ na scenariusz, poruszane tematy, czy też są one narzucone przez producentów?
W.Ch.: Tam również jestem, można powiedzieć, współtwórcą tego projektu. Mam wpływ na scenariusz i zaznaczam pewne rzeczy, o których chcę mówić w tym serialu. Przede wszystkim jednak producent proponuje mi kilka spraw, a ja wybieram tę konkretną, którą chcę się zająć. Tak więc mój udział nie polega tylko na przyjściu na plan i opowiadaniu, co mi się podoba. Badam każdą sprawę na równi z widzami, czego efektem zresztą są później książki.

Ł.B.: W Pana twórczości bardzo nietypową pozycję stanowi Królowa głodu. Czy w ten sposób chciał Pan sprawdzić, jak odnajdzie się w innym gatunku niż kryminał? I dlaczego była to fantastyka?
W.Ch.: Czy sprawdzić się? Trochę też, ale nie tylko o to chodzi. Ja się wychowałem na fantastyce. Przez wiele lat i fantastyka, i kryminał to były moje dwa żywioły. I w obu tych gatunkach działam. Zresztą mój taki debiut literacki nastąpił na łamach „Nowej Fantastyki”, gdzie opowiadaniem fantastycznym zadebiutowałem i się pojawiłem. Więc to nie jest jakby nic nowego. Znam i lubię ten gatunek, orientuję się co się w nim dzieje. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie łączyć pisania kryminału z pisaniem fantastyki. Jednak ostatecznie to nie wyszło. Niemniej chciałbym jeszcze coś fantastycznego kiedyś napisać, ale nie wiem, czy się uda.

Ł.B.: Czy może Pan zdradzić, o czym będzie Pana kolejna książka?
W.Ch.: Nie mogę. Wydawca zdecydowanie mi zakazuje.

Ł.B., J.Z.: Dziękujemy za rozmowę.
W.Ch.: Dzięki wielkie.

[21.11.2019 r.]

Wojciech Chmielarz - pisarz i dziennikarz. Autor cyklu z Jakubem Mortką oraz Cyklu gliwickiego. Wielokrotnie nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru, w 2015 r. został jej laureatem za powieść Przejęcie. W 2019 r. otrzymał nagrodę Złoty Pocisk w kategorii: najlepszy kryminał 2018 roku oraz Nagrodę Czytelników Wielkiego Kalibru za książkę Żmijowisko.


   



"Bibliotekarz Opolski" jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach 3.0 Polska